you don't need to be a hero.
Pogoda i czas
Aktualna temperatura oscyluje w granicach 23-27°C

Mamy czerwiec 2023 roku.

ogłoszenia
13-08
Nowy regulamin! [czytaj dalej]
18-08
Przenosiny! [czytaj dalej]


Poprzedni temat «» Następny temat
Świetlica
Autor Wiadomość
Administrator


Wysłany: 2018-06-22, 12:39   Świetlica [Cytuj]

ŚWIETLICA

Miejsce spotkań PSI z całej Omegi. Jest to duża sala, rozdzielona na dwa pomieszczenia. Ściany są białe, aczkolwiek wszystkie z nich zostały przyozdobione rysunkami i obrazkami dzieci, oprawionymi w srebrne ramki.
Przy wielkich oknach, które wpuszczają dużo światła, stoją stoliki z krzesłami.
Można tu znaleźć wszystkie możliwe gry planszowe, które zostały złożone na drewnianych, białych regałach. Jest pełno kredek, kolorowanek i innych rzeczy, o których PSI mógł sobie tylko pomarzyć.
W jednym kącie stoi czarne pianino.
 
 
Villemo Cartwright


Wysłany: 2018-07-02, 09:00   
   Multikonta: Cheo & Nemo & Echo & Milo
[Cytuj]

To był ten dzień, w którym Villemo miała poznać nowych kolegów. Dobra. Może poznać to było za dużo powiedziane, ale obiło jej się o uszy, że do placówki przyjedzie ktoś nowy. Podobno miały to być jakieś dzieciaki z obozu w Idaho, który został dość brutalnie potraktowany, przez co Lara go zamknęła. Szczegółów nie znała, aczkolwiek z własnych destrukcyjnych przemyśleń mogła stwierdzić, że stało się coś bardzo istotnego, co zmusiło prezydent do przeniesienia dzieciaków właśnie tutaj. A może wyniki badań miały się ku końcowi i chcieli przetestować jakieś szczepionki na większej ilości PSI? Taka nadzieja trzymała Villemo przy życiu, dając delikatne światełko w tunelu, że to wszystko się wreszcie skończy. Nadzieja mieszana z wspaniałymi widokami gór i szerokimi jeziorami, opisanymi w książkach, które zdążyła pochłonąć, oczekując na antidotum niczym na księcia na białym koniu.
Tego dnia panienka Cartwright jak zwykle siedziała przy pianinie w świetlicy. W zasadzie spędzała przy nim cały swój wolny czas, kiedy nikt jej nie gonił na badania albo treningi. Często dawała koncerty innym dzieciakom, grając najmłodszym słodkie, rytmiczne piosenki, śpiewając im wymyślone przez siebie teksty pod melodie skomponowane na poczekaniu. Ubrana w lawendową sukienkę rozkloszowaną od bioder, sięgającą jej przed kolano, siedziała wyprostowana na stołeczku. Jej delikatne dłonie były położone na klawiszach- miarowo przesuwały się od najniższych dźwięków po najwyższe, tworząc słodką, aczkolwiek smętną melodię. Słysząc czyjeś kroki, nie przerywała gry. Nadal ją ciągnęła, poruszając się miarowo w rytm muzyki, całkowicie zatracając w tym, co robiła. Delikatna twarz wykrzywiała się pod wpływem emocji, ciemne brwi ściągały się i rozluźniały naprzemiennie, a w oczętach dało się zauważyć nutę smutku i żalu, przeplataną buntowniczym akcentem obrażenia na cały świat.
Dopiero gdy do jej nosa dotarł nieznajomy zapach, uniosła twarz znad klawiszy, wlepiając ciemne, natychmiastowo łagodne spojrzenie w nieznajomą. Długie palce po raz ostatni musnęły gładki instrument, a następnie wylądowały gdzieś na kolanach, ściskając materiał delikatnej sukienki. Pochłaniała Jem wzrokiem. Nic nie mówiąc, po prostu zaczęła podziwiać jej urodę. Od czubka głowy- krzywo ściętych, brązowych włosów, po delikatnie zarysowane brwi, nieobecne spojrzenie, delikatne usta i zgrabny nos- a całość okalana ziemistą, niedożywioną cerą. Czym prędzej oceniła jej stan fizyczny- nawet nie będąc zielonym, można było się domyśleć, że dziewczę miało niedowagę. Blada twarz mogła świadczyć o niedoborze potrzebnych witamin. Czyżby nieznajoma się głodziła? Jeżeli patrzyła aktualnie w stronę Villemo, mogła dojrzeć cień zmartwienia. Trwało to jednak ułamek sekundy, bo na miejsce współczucia wtargnęła ciekawość. I fascynacja. Euforia. Ktoś nowy. Ktoś, kogo jeszcze nie zna. Czy będzie takich osób więcej?
_________________
    i bloom just for you
 
 
Jem O'Mara


Wysłany: 2018-07-02, 09:33   
   Multikonta: alannah, daniel, rina, birdie
   GG/DC: for fork sake#4969
   Mów mi: toście
[Cytuj]

Jem nie podobał się projekt Omega. Miała do niego wiele zastrzeżeń, a głównym był fakt, że było tutaj tak… czysto. Nigdy nie widziała miejsca pełnego dzieci, które można było utrzymać w tak nieskazitelnym stanie. Zupełnie jakby wszyscy mieszkańcy byli tylko atrapą, jakąś komputerową symulacją lub zwyczajnymi kartonami z narysowanymi krzywo uśmiechami. Dostawała gęsiej skórki na samą myśl, że miała tutaj zostać i codziennie rano budzić się w tym okropnym, pełnym przepychu raju. Dla pomarańczowej sam fakt, że mogła ubrać coś, co nie było obozowym dresem, było tak abstrakcyjne, że wpatrywała się w ubrania przez niecały kwadrans, próbując wybrać coś dla siebie. Ostatecznie zdecydowała się ubrać to, w czym czuła się najbardziej sobą. A ponieważ nie potrafiła już zdefiniować siebie bez obozu, to założyła luźny T-shirt w kolorze żółtym, który włożyła do jeansów oraz białe trampki. Stwierdziła, że nie jest to zbyt duża zmiana, ale jednak jakiś krok na przód. Musiała się przebrać z ubrań, które miała na treningu bo były całe osmarkane przez Joy'a. Jej brat leżał właśnie nieprzytomny w lecznicy i chociaż Jem o wiele bardziej wolałaby być teraz tam razem z nim, to nie mogła. Powiedziano jej, że chłopak musi tam spędzić niemal cały dzień, jednak będzie mogła zabrać go ze sobą na noc, co nieco ją uspokoiło.
Jem nigdy nie była w takiej prawdziwej świetlicy. Kiedyś, w domu dziecka, była jedna, jednak wyglądała mniej więcej tak, jak stołówka w obozie, czyli w skrócie - nieciekawie. W dodatku to zwykle w takich miejscach działy się największe awantury, bo duże skupisko dzieci, szczególnie dzieci takich jak ona, gwarantowało kłopoty. Dlatego wkraczając do świetlicy spodziewała się zobaczyć pobojowisko - dzieci ciągnące się za włosy, latające krzesła lub kule ognia. Zamiast tego usłyszała muzykę.
Powędrowała wzrokiem do pianina i dziewczyny w lawendowej sukience, która przy nim siedziała. Przez chwilę wpatrywała się w nią z wyrazem twarzy, który ciężko dokładnie sprecyzować. Postanowiła jednak poszukać informacji u źródeł, musiała bardzo szybko dowiedzieć się jak funkcjonuje to miejsce, żeby mogła się do niego, niczym kameleon, przystosować. Nie widziała jednak nikogo innego wartego uwagi, oprócz lawendowej dziewczyny, więc to do niej podeszła.
Z rozwaloną wargą, posiniaczonym nosem oraz rękami całymi w siniakach stanęła obok pianina. Jem wyglądała jakby wróciła właśnie z wojny, co pewnie pod odpowiednią interpretacją byłoby prawdziwym stwierdzeniem, a lawendowa panienka wyglądała jak klon pani Prezydent - jak z zupełnie innego świata. Takiego, gdzie pod prysznicem nie musisz się martwić, że jakiś strażnik właśnie cię podgląda, więc chodzisz tam często i faktycznie sprawia ci to przyjemność. Jem przynajmniej zmyła z siebie zaschniętą krew oraz czekoladę, a to już było coś. Mogła jednak wykorzystać swój wygląd na swoją korzyść i trochę zastraszyć nową koleżankę.
- Pozwalają ci grać czy każą? - zapytała nieco gburowatym tonem.
Było to proste pytanie, które pozwoli jej rozeznać się trochę w sytuacji. Być może to wszystko było na pokaz - chcieli im pokazać jak tutaj jest miło i fajnie, żeby gdy stracą czujność wpakować im kulki w potylicę. Albo gorzej - zrobią im pranie mózgu, żeby mieć PSI na swoje własne zawołanie. Kto jak kto, ale Jem wiedziała naprawdę dużo o praniu mózgu - sama je robiła, sama też go nie raz doświadczyła.
Jem nie miała jeszcze gotowego planu działania. Zamierzała wymyślać wszystko na poczekaniu, wiedziała jednak, że jedna rzecz musi pozostać niezmienna - chronić Joy’a za wszelką cenę. Cokolwiek będzie musiała zrobić, aby zapewnić mu bezpieczeństwo - zrobi to bez wahania. Jeśli Lara szukała pieska na zawołanie, to nim zostanie. Pod warunkiem, że nikt nie tknie jej upośledzonego, kochanego braciszka. A jeśli aby zapewnić mu ochronę będzie musiała spierdolić stąd gdzie pieprz rośnie, to też będzie gotowa to zrobić.
Postanowiła trochę poszukać odpowiedzi na własną rękę i wejść do głowy lawendowej panience. Napotkała jednak drobne utrudnienie, a tak po ludzku, to nie mogła. Zmarszczyła brwi, pierwszy raz od czasu Angusa dają po sobie znać, że siedzi w czyjejś głowie. Sama nie wiedziała dlaczego fakt, że dziewczyna jest zieloną tak bardzo ją zdziwił. Siedziała przecież przy pianinie zamiast, nie wiem, oglądać telewizję, więc musiała być jebanym kujonem. Zieloni zawsze wprawiali ją w pewien dyskomfort. Z jednej strony dlatego, że nie mogła swobodnie wchodzić im do głów, gdy tylko tego zapragnie. Z drugiej, bo wszystko przychodziło im niesprawiedliwie łatwo. Jem mogła się założyć, że gdyby epidemia zrobiła ją zieloną, to wcale nie musiałaby się uczyć czytać czy pisać - najzwyczajniej w świecie obudziłaby się z tą umiejętnością. Odwróciła wzrok nieco zawstydzona i oparła się ręką o szkielet pianina.
_________________


THIS IS MY FAMILY

This is my family. I found it all on my own. It's little, and broken, but still good. Yeah - still good. © signature by anaëlle.
 
 
Villemo Cartwright


Wysłany: 2018-07-02, 09:35   
   Multikonta: Cheo & Nemo & Echo & Milo
[Cytuj]

Obóz w porównaniu do Projektu był bardziej… Prawdziwy, czyż nie? Tam nikt nie musiał udawać, że nienawidzi PSI, że chce ich na każdym kroku sprowokować do tego, aby strzelić im kulkę między oczy. Każdy wiedział, że będąc schwytanym do placówki, nie będzie wiódł spokojnego, sielankowego życia, podczas którego spełni wszystkie swoje marzenia, rozwinie pasje i zainteresowania, a przy okazji przejdzie szereg przeróżnych badań, podczas których najlepsi lekarze z całego świata będą się starać o to, by wynaleźć szczepionkę.
Tutaj było inaczej. Zupełnie inaczej. I choć Villemo miała ojca w szeregach SSP, choć i tak wiedziała naprawdę dużo to o pewnej rzeczy nie miała pojęcia- czy PSI są potrzebni pani prezydent do czegoś więcej, niż tylko do wynalezienia szczepionki? Szczerze nie wierzyła w jej dobre zamiary, choć ojciec ciągle powtarzał, że robi to, bo też miała dzieci. I tęskni za swoją córką, która wspólnie z młodzieżą uciekła z jednego z obozu w Idaho.
Przetrzymując ich w tak dobrych warunkach musiało być coś jeszcze. Stworzenie wielkiego oddziału mięsa armatniego? Agentów, którzy mogliby walczyć pomiędzy sobą, ku uciesze innych ludzi? Może prezydent rzeczywiście zacznie się inspirować Igrzyskami śmierci, które Villemo jeszcze niedawno miała okazję przeczytać? Racja. Na takie myśli ciarki od razu przebiegały po plecach. Niepewność była najgorsza. Omega jako bańka mydlana, odbijająca wszystkie kolory tęczy, błądząca gdzieś w przestworzach na spokojnym wietrze… Szkoda, że była bardzo niepewna. I w każdym momencie mogła pęknąć, zostawiając po sobie tylko złudne wspomnienie.
Villemo dała sobie jeszcze dłuższą chwilę na ocenę wyglądu tej, która odważyła się w jej kierunku podejść. Na oko miała tyle samo lat, co ona- zielona stwierdziła jednak, że musi być rok starsza, ewentualnie dwa. Za zasłoną wszystkich tych podłych obrażeń kryła się delikatna, ładna buzia, która mogłaby częściej być rozświetlana przez uśmiech. Zamiast tego na jej miejsce wstąpiła niepewność, obrzydzenie- może nawet nutka strachu? Tego panienka Cartwright nie była pewna. Mimo tego, że była zieloną, nadal uczyła się swojego daru- mogła gdybać godzinami, aczkolwiek nie zawsze jej spostrzeżenia były trafne.
Ciemne oczęta zatrzymały się na rozwalonej wardze. Zakrzepła linia, mieszcząca się gdzieś w kąciku. Ktoś ją pobił. Strażnik? Nie. Chyba, że mógłby oddać jej dość delikatny cios “na przestrogę”- przecież rana nie była na tyle duża. Dorosły mężczyzna mógłby wyżyć się na takiej kruszynie jeszcze intensywniej. A więc konflikt wewnętrzny? Czy siedemnastolatka wyglądała na taką, która sprawiałaby same problemy? Nie natury fizycznej. Nie miała kondycji. Była zbyt chuda i niepozorna, by Villemo mogła ją dojrzeć w środku jakiejś przepychanki. Raczej stała z boku. Dręczenie psychiczne? Tak, to mogłoby pasować. Zwłaszcza po tonie w jej głosie.
Zielona drgnęła, słysząc, że tamta zdecydowała się odezwać. Czarne oczęta zatrzymały się na tęczówkach nowej, a spomiędzy rozchylonych warg dało się usłyszeć ciche westchnienie.
-Pozwalają. - Odparła równie mocno obojętnie, co nieznajoma, choć w przeciwieństwie do pomarańczowej, Villemo cały czas się do niej delikatnie uśmiechała. Ledwo zauważalnie, ale kąciki jej warg utrzymywane były ku górze, formując dołeczek w prawym policzku. - Chcesz spróbować? - Rzuciła zupełnie luźno, przesuwając się na długim taboreciku, by zrobić miejsce Jem obok siebie. Nawet poklepała je, by bardziej zachęcić nieznajomą do bliższego kontaktu.
Oczywiście, że poczuła, że nieznajoma próbuje jej wejść do głowy. Doskonale to znała- ten ścisk w tyle, przesuwający się dziwnym bólem aż do przodu. Coś jakby dziewczyna chciała zburzyć mur, dzięki któremu trzymała wszystkie swoje myśli w ryzach. Świadomość tego, że pomarańczowa będzie mogła przejrzeć jej wszystkie wspomnienia była z jednej strony nieco przerażająca, a z drugiej… Dziwacznie podniecająca.
Villemo zaśmiała się, kręcąc przy tym głową z politowaniem. Spuściła wzrok z ciekawskiej, wlepiając go na chwilę w klawisze pianina.
-Wystarczyło zapytać o to, co cię interesuje. - Rzekła ze spokojem, nadal posyłając jej delikatny uśmiech. A więc miała przed sobą przedstawicielkę najbardziej niebezpiecznego koloru, którego dorośli panicznie się bali, zarazem najmocniej go potrzebując? Dziewczę uśmiechnęło się szerzej, widząc delikatne zawstydzenie na twarzy nieznajomej, a następnie odwróciło w stronę jej sylwetki, która oparła się o instrument. Raz jeszcze poklepała miejsce obok siebie.
Dziwnym trafem się ciebie nic a nic nie boję.
_________________
    i bloom just for you
 
 
Jem O'Mara


Wysłany: 2018-07-02, 09:39   
   Multikonta: alannah, daniel, rina, birdie
   GG/DC: for fork sake#4969
   Mów mi: toście
[Cytuj]

Pokręciła gburowato głową.
Może w innym świecie, innych okolicznościach Jem miałaby czas, żeby usiąść przy pianinie i pozwolić obcej dziewczynie nauczyć ją dziecięcych melodii, które później mogłaby zagrać Joy’owi. Jem jednak nie miała czasu, ona nigdy nie miała na nic czasu, wiecznie oglądała się przez ramię i musiała mieć oczy dookoła głowy, żeby przeżyć. Nie potrafiła zwolnić i dostosować się do sielankowego tempa Omegi. Wątpiła, żeby kiedykolwiek udało jej się zatrzymać na chwilę i poczuć na tyle pewnie, żeby wziąć oddech. Nieustannie martwiła się o brata, o resztę rodzeństwa, których egzystencja pozostawała pod znakiem zapytania, a najbardziej martwiła się o samą siebie i czy pewnego dnia nie straci zmysłów od ciągłych, obcych głosów w swojej głowie. Czy nadejdzie pewnego dnia moment, gdy nie będzie w stanie odróżnić własnych myśli od cudzych?
Jem nie wierzyła w szczepionkę ani w koniec epidemii. Jeśli to się kiedyś skończy, to tylko dlatego, że rząd wybije ich wszystkich. Albo sami się wybiją, bo obóz nie raz pokazał, że PSI PSI wilkiem. Jem miała bolesne siniaki, które nieustannie jej o tym przypominały. Była oczywiście świadoma, że nie jest tutaj bez winy. W obozie robiła wiele rzeczy, aby przeżyć. Jako pomarańczowa miała tak naprawdę tylko dwie opcje - działać na korzyść rządu albo cierpieć wyjątkowo mocno. Ludzie u władzy lubili pomarańczowych tylko wtedy, gdy potrafili ich kontrolować.
Szkoda” odpowiedziała jej w myślach. Z początku miała zamiar po prostu odejść i spróbować szczęścia u kogo innego, jednak w ostatnim momencie zmieniła zdanie. Może nie przeczyta myśli zielonej, dopóki ona jej na to nie pozwoli, jednak w telepatycznej rozmowie dziewczyna szybciej zacznie mówić prawdę niż gdyby rozmawiały na głos. Chyba, że ma tak wyprany mózg, że sama już nie wie, co jest prawdą.
Usiadła obok dziewczyny, jednak na samej krawędzi siedziska, więc utrzymana była między nimi optymalna przestrzeń osobista. Jem musiała się najpierw upewnić, że się jej to opłaci, zanim zacznie się przymilać. O ile w ogóle zacznie.
Ile tu jesteś?“ zapytała.
Nie chciała od razu odsłaniać wszystkich kart i wyjawiać swojej opinii na temat tego miejsca. Bo tak naprawdę nie miała żadnej - a przynajmniej żadnej, która miała znaczenie. Nie podobało jej się tutaj, ale jeśli okaże się, że jest to odpowiednie miejsce dla Joy’a, to tutaj zostanie.
Położyła palce na klawiszach i skrzywiła się z bólu. Żebra bolały ją niemiłosiernie, szczególnie gdy wykonywała tego typu ruchy. Wiele można powiedzieć o Billie, ale z pewnością potrafiła kogoś kopnąć. To było trochę zabawne - Jem przesiedziała całą “rebelię”, która działa się na stołówce, a i tak udało jej oberwać mocniej od Joy'a. Nie była przyzwyczajona do bycia tą bardziej poszkodowaną fizycznie, dlatego nie znosiła tego z należytą godnością. Nie narzekała na głos, ale sporadycznie można było zauważyć jej skrzywienia czy kwaśne miny. Wątpiła jednak, żeby jej brat był na tyle świadomy, żeby wiedzieć, co jej dolega. Lub że w ogóle jej coś dolega.
Często dostajecie nowe dzieciaki czy jesteśmy pierwsi?”
_________________


THIS IS MY FAMILY

This is my family. I found it all on my own. It's little, and broken, but still good. Yeah - still good. © signature by anaëlle.
 
 
Villemo Cartwright


Wysłany: 2018-07-02, 09:44   
   Multikonta: Cheo & Nemo & Echo & Milo
[Cytuj]

Wzruszyła ramionami, kiedy zauważyła, że siedemnastolatka pokręciła głową na nie. Jej uśmiech na ułamek sekundy zgasł, z ust wydobyło się kolejne westchnienie, a później zamrugała parokrotnie oczętami, marszcząc przy tym czoło. Tak, zdecydowanie zrobiło jej się smutno. Tak na chwilę. Ktoś odmówił jej zaproszenia do wspólnego spędzenia czasu. A przecież tak bardzo się nudziła. Tak straszliwie potrzebowała obecności kogoś, kto był inny od tych wszystkich dzieciaków. Resztę znała na pamięć. Wiedziała o nich wszystko, co powinna i gromadziła informacje w swojej głowie, tworząc z niej perfekcyjne archiwum, w którym znajdowały się akta każdego PSI z osobna. Akta uzupełnione były również informacjami od ojca, który czasami wspominał o jakiejś osobie. Nie musiał nawet rzucać nazwiskiem- jajogłowa od razu wiedziała, o kogo chodzi.
A więc Jem sądziła, że Villemo bez problemu zacznie z nią rozmawiać w myślach? Nie. Nie mogła sobie na to pozwolić. Widzisz, Jem? Byłyście podobne. Vill musiała najpierw wybadać teren, by jednak otworzyć przed dziewczyną swój umysł i zacząć z nią rozmawiać na poziomie umysłowym. Bo chyba tak to można było nazwać? Nawet jeżeli grzebanie w myślach wydawało się podniecające, pomarańczowa musiała poczekać. Zdobyć trochę więcej zaufania zielonej, by jej myśli nie dostały się w niepowołane ręce. Zbyt wiele ryzykowała, myśląc teraz o ojcu, Rządzie i badaniach, które przeprowadzano tutaj na PSI. Może nie należały one do najgorszych na świecie, ale zdawała sobie sprawę z tego, że owa informacja mogła być strzałem w kolano dla nowo przybyłych. Nie dość, że jeszcze się nie zaklimatyzowali w nowym miejscu, to jeszcze będą intensywnie zastanawiali się nad tym, co tutaj robią z młodzieżą.
Później dziewczę zrobiło krok w przód. A nawet dwa. I- o dziwo- usiadło na taboreciku, tylko na samym brzegu, by przypadkiem nie zachwiać swego komfortu. Villemo, szanując jej decyzję, a z drugiej strony niezmiernie się ciesząc, że jednak postanowiła obok niej spocząć, przesunęła się jeszcze dalej. Pokazała tym samym, że nastolatka może się czuć w jej towarzystwie spokojna- nie będzie naruszała przestrzeni osobistej, jeżeli sama nie zrobi tego pierwsza- ewentualnie jeżeli nie pokaże jej, że może.
Ile tu jesteś? Hm. Cartwright była tu od samego początku. A przynajmniej tak jej się wydawało. Omega nie wyglądała zawsze tak, jak teraz. Kiedyś również była obozem- może nie aż takim brutalnym jak inne, ale również miała swoje zasady, których trzeba było przestrzegać. A może należało to bardziej nazwać brakiem zasad? Strażnicy robili co chcieli, kiedy nowe dzieciaki przyjeżdżały na wyspę i zakładały różnokolorowe dresy, a następnie obroże. Dopiero od niedawna coś zaczęło się zmieniać. Lara musiała przygotować wyspę na przyjazd nowych dzieci i pokazać ją z jak najlepszej strony.
-2346 dni. 335 tygodnie i 1 dzień. 77 miesiące i 2 dni. 6 lat i 155 dni. - Wypowiedziała na głos.
Nie odrywała wzroku od rozmówczyni, starając się odczytać z jej zachowania coś, co mogłoby dać jej jakąkolwiek wskazówkę. Skrzywiła się delikatnie widząc jak twarz nieznajomej zmienia się podczas delikatnego uniesienia dłoni w górę. Uznała jednak, że nie będzie pytała o to, co się stało. Uznała to za durne i zbyt ciekawskie. A przecież nie chciała jej spłoszyć.
Kolejne pytanie. A więc interesowało ją to, gdzie się teraz znajdowała. To był dobry znak. Nawet bardzo dobry.
-Jesteście… Wyjątkowi. Po raz pierwszy przyjechała do Omegi tak liczna grupa. - Wyjaśniła. - Zazwyczaj trafiały do nas pojedyncze jednostki.
_________________
    i bloom just for you
 
 
Jem O'Mara


Wysłany: 2018-07-02, 14:16   
   Multikonta: alannah, daniel, rina, birdie
   GG/DC: for fork sake#4969
   Mów mi: toście
[Cytuj]

Jem za bardzo nie przejmowała się tym, że mogła lawendowej pannie sprawić przykrość lub ją zasmucić. Pomarańczowa miała bardzo krótką listę rzeczy, które ją obchodziły: Joy, reszta klonów, ona sama. Kolejność się okazyjnie zmieniała, jednak nigdy nie było takiej sytuacji, żeby Jem coś do tej listy dodała. Prędzej odejmie niż dopuści do swojego życia kolejną bliską osobę. Nie ukrywa jednak, że była blisko. W obozie zaufała tej dziwnej strażnice, która wyglądała bardziej jak porcelanowa lalka niż strażnik. Było to jednak chwilowe i chociaż Jem czasami zastanawia się, co się z nią stało, to nie zaprząta sobie nią za bardzo głowy.
Nie próbowała wchodzić głębiej w umysł dziewczyny. Jedynie z nią rozmawiała, jeśli ta na to pozwoliła. Nie podobało się to Jem za bardzo, ale widziała, że siłą niewiele zadziała. Z zielonymi dało się tylko po dobroci. Głównie dlatego się z nimi za bardzo nie zadawała. Oraz byli cholernie inteligentni, co wprawiało ją w onieśmielenie i nadszarpywało poczucie własnej wartości. Jak chociażby chwalenie się tym, że potrafiła dokładnie powiedzieć ile dni spędziła w tej wydmuszce. Nie mogła, jak normalny człowiek, powiedzieć, że była tutaj od początku epidemii? Jem odebrała to jak personalny atak na jej osobę, chociaż nie było opcji, żeby zielona wiedziała o jej brakach w edukacji. Chyba że jedną z umiejętności zielonych było wyczuwalne aliteratów.
Gdy jednak przełknęła dumę mogła spokojnie zastanowić się nad tym, co właśnie usłyszała. Dziewczyna jest tutaj od początku epidemii minus kilka miesięcy. A to oznacza, że a) jest skarbnicą wiedzy jeśli chodzi o omegę oraz b) omega nie jest niczym nowym. Była tutaj cały czas - piękny ośrodek wypoczynkowy, z daleka od tego gówna, w którym Jem musiała żyć od poprzednich siedmiu lat.
Zmarszczyła brwi. Skoro była tutaj tak długo, to musiało być w niej coś wyjątkowego. Nie wzięli by tutaj każdego dzieciaka z ulicy, prawda? Albo była wyjątkowo dobra w tym, co robi, albo miała wysoko postawionego tatusia czy mamusię. Jem obstawiała raczej to drugie, bo spotkała już wielu zdolnych PSI, sama się do nich zaliczała, a żadne z nich nie zostało nagrodzone biletem do tego raju.
- Nieładnie jest odpowiadać na głos - powiedziała siląc się na uśmiech. Nie zamierzała nagle zacząć być całkowicie miła dla lawendy, ale stopniowo, małymi kroczkami mogła zacząć, skoro już doszła do wniosku, że jej się to opłaca. - Poza tym ktoś może pomyśleć, że masz nierówno pod sufitem i odpowiadasz na nie zadane pytania.
Przekręciła głowę w stronę dziewczyny i po raz pierwszy dokładnie się jej przyjrzała. Wyglądała na zadbaną, z pewnością była też określana jako ładna i Jem nie mogła się z tym nie zgodzić. Miała miłą, niewinną twarz, pewnie nigdy w nią jeszcze nie dostała. Wyglądała trochę jak księżniczka, a przynajmniej według standardów Jem, które pewnie nie mówiły za wiele. W dodatku siedziały na tyle blisko siebie, że Jem mogła stwierdzić, że dziewczyna pachnie po prostu… ładnie.
- Jem - powiedziała krótko. Przedstawiła się jednak, wyciągnęła rękę (metaforycznie) w stronę zielonej. Był to gest dobrej woli, na który mało kto mógł liczyć.
_________________


THIS IS MY FAMILY

This is my family. I found it all on my own. It's little, and broken, but still good. Yeah - still good. © signature by anaëlle.
 
 
Villemo Cartwright


Wysłany: 2018-07-02, 14:28   
   Multikonta: Cheo & Nemo & Echo & Milo
[Cytuj]

Zieloni mieli to do siebie, że byli wkurzający. I robili to naprawdę nieświadomie. W ich głowie mieściło się tyle myśli, tyle analiz- wszystkie pędziły na oślep, nawet sam PSI nie mógł stwierdzić kiedy i gdzie dochodził do danych wniosków. Dni wyrzuciła z siebie automatycznie. Bo w zasadzie… Zieloni działali w pewnym sensie jak roboty. Jedno hasło potrafiło zwolnić u nich blokadę i sprowokować do skomplikowanych obliczeń, które wykonywali w ciągu ułamka sekundy.
Raczej nie należała do tych osób, które świadomie chwaliły się swoim intelektem. Pomimo tego, że należała do grona geniuszy i większość naprawdę ją tak nazywało, nadal sądziła, że nie jest zbyt dobra, aby mianować ją takim określeniem. Przecież dopiero miała szesnaście lat. Całe życie przed nią. Dlaczego miałaby nosić plakietkę geniusza skoro jeszcze nie przeżyła wszystkiego, co mogłaby przekazać w muzyce? Na razie mogła komponować błahe melodie, opierające się na przemyśleniach nastolatki wśród współczesnego, niesprawiedliwego świata. Czym było szesnaście lat w stosunku do wieczności? No właśnie…
-Nieładnie jest wchodzić komuś do głowy bez pozwolenia. - Chciała się trochę podroczyć? Ależ oczywiście. Villemo załapała od razu, próbując zagrać w jej grę. Niby nie mówiła tego tak w stu procentach serio, bo będąc jajogłową, starała się postawić w jej miejscu. Co byś zrobiła, Villemo, gdybyś po chorobie dostała dar czytania w myślach? Ciągły szum i ciekawość spowodowana obecnością drugiego człowieka była zbyt fantastyczna, żeby się powstrzymywać od odczytywania ich najskrytszych marzeń, sekretów, tajemnic…
Słysząc kolejne słowa dziewczyny, zaśmiała się. Spojrzała na klawisze, ułożyła palce tak, jakby chciała coś zagrać, ale jedynie musnęła opuszkami gładką strukturę pod nimi.
-Czasami chciałabym oszaleć. Tak romantycznie i tak po prostu. Ale nie mogę. Mam wrażenie, że wszyscy wokół nas są szaleni. Że każdy PSI jest szalony. Ty też jesteś szalona i masz nierówno pod sufitem. - Tutaj spojrzała przenikliwie na swoją towarzyszkę niedoli. Vill twierdziła, że pomarańczowa była zdecydowanie bardziej nienormalna niż ona- choćby ze względu na ciągłe wysłuchiwanie myśli innych ludzi. Jak można było tak po prostu funkcjonować, skoro nie panując nad mocą, ciągle słyszało się ten irytujący szum, gdzieś z tyłu głowy?
Villemo” - kiwnęła głową, gładząc delikatny materiał lawendowej sukienki, która zawinęła się dziwacznie na samym końcu, tuż przy kolanie.
_________________
    i bloom just for you
 
 
Jem O'Mara


Wysłany: 2018-07-02, 14:33   
   Multikonta: alannah, daniel, rina, birdie
   GG/DC: for fork sake#4969
   Mów mi: toście
[Cytuj]

W pierwszym odruchu chciała odpowiedzieć chamskim “aha”, jednak upomniała się w myślach, że to nie jest obóz, gdzie mogła mieć wszystkich w głębokim poważaniu. Pewnie wszystkie dzieciaki mają tutaj jakieś głupie zajęcia integracyjne czy inne gówno, więc skazana była na towarzystwo lawendowej panny. A skoro była czymś w rodzaju rodziny królewskiej tego miejsca, to lepiej byłoby gdyby polubiła Jem. A żeby to się stało, to Jem nie mogła być sobą.
Poczuła się trochę jak podczas “pracy” dla łowców - tam często musiała udawać przed innymi PSI kogoś, kim nie była. Pomarańczowa nie miała z tym wielkiego problemu, zwykle dość szybko udawało jej się z czyiś myśli dowiedzieć się czego od niej oczekują i udawać, że potrafi to spełnić. Tutaj będzie musiała trochę się bardziej wysilić, nie było to jednak niemożliwe zadanie.
- Romantycznie? W sensie z miłości? - zapytała.
W jej głowie nie pojawiła się nawet myśl, że dziewczynie mogło chodzić o epokę literacką, głównie dlatego, że Jem nawet nie wiedziała, że coś takiego istnieje. Villemo powinna się cieszyć, że Jem w ogóle zna takie słowo jak “romantyczny”.
- Może jestem - skłamała.
Doskonale wiedziała, że jeszcze nie postradała swoich zmysłów. Mając wgląd w myśli innych mogła obiektywnie ocenić, że jej nie były jeszcze takie szalone. Oczywiście miała ciągle z tyłu głowy obawę, że pewnego dnia nie wytrzyma, jednak póki co uparcie twierdziła, że jest jeszcze normalna. Domyślała się jednak, że Villemo czuła się w jakiś sposób wyobcowana, może nie miała zbyt wielu przyjaciół - Jem widziała to już wiele razy. Jeśli sprawi, że dziewczyna uwierzy, że Jem jest taka sama, tak samo samotna, to szybciej jej zaufa.
Dziwne imię” przyznała otwarcie. Nigdy wcześniej go nie słyszała, ale Jem wielu słów w swoim życiu jeszcze nie słyszała, więc równie dobrze mogło to być zupełnie normalne imię. Dla Jem brzmiało jednak tak… bogato. Jej rodziny nie stać było na takie imiona. Ba, jej całe rodzeństwo ma imiona zaczynające się na tą samą literę.
Kątem oka zauważyła jak dziewczyna gładzi materiał swojej sukienki i zawiesiła wzrok na jej niezakrytej skórze ud o sekundę za długo. Przez chwilę w jej głowie pojawiły się myśli, których pochodzenia nie potrafiła w żaden sposób wyjaśnić, szybko je jednak przegoniła, niczym bezdomne psy żebrające o kawałek mięsa.
- Obiecałaś mi chyba lekcję pianina - wyksztusiła z siebie, skupiając wzrok na biało-czarnych klawiszach. Muzyka w ogóle jej nie interesowała, ale gotowa była udawać, że jest inaczej, żeby zadowolić nową koleżankę.
_________________


THIS IS MY FAMILY

This is my family. I found it all on my own. It's little, and broken, but still good. Yeah - still good. © signature by anaëlle.
 
 
Villemo Cartwright


Wysłany: 2018-07-02, 14:36   
   Multikonta: Cheo & Nemo & Echo & Milo
[Cytuj]

Po długim pobycie w Omedze Villemo doszła do wniosku, że najlepiej jest mieć strażników w głębokim poważaniu. No dobra, może nie na zasadzie, że totalnie się ich nie słuchasz i robisz to, co ci się żywnie podoba, a raczej… Olej, to co mówią możesz wypuścić drugim uchem, ale nie bierz tego zbytnio do siebie, bo zwariujesz. Dobrze było mieć innych PSI po swojej stronie. I dobrze było rozmawiać z kimś, kto miał podobne problemy. Wszystkie dzieciaki łączyła choroba- dzięki temu mogły paradoksalnie nawiązać jeszcze głębsze relacje aniżeli takie, które w normalnych czasach mogłyby nigdy nie powstać.
Królewska rodzina? Szkoda, że Villemo nie była pomarańczową- chętnie posłuchałaby takich komplementów, które siedziały w głowie Jem. Zapewne byłoby jej bardzo miło, gdyby wyłapała ów informację. Mogłaby to potraktować jako komplement w swoją stronę. Lubiła, gdy ktoś ją chwalił. Dodawało jej to pewności siebie, której aktualnie bardzo potrzebowała.
- Z miłości też. Byłaś kiedyś zakochana? Tak prawdziwie? - Źle, że Jem w ogóle zaczęła ten temat. Vill bardzo łatwo było sprowokować do tematów niewygodnych. Uwielbiała drążyć w coś, co dla drugiego człowieka mogło być żenujące. - Wiesz, że miłość jest określana jako choroba? W zasadzie ma takie objawy. Nie potrafię powiedzieć ci ze swojego własnego doświadczenia, ale czytałam kiedyś o tym książkę. Mogę ci ją pożyczyć, jeżeli chcesz. - Rzuciła luźno, nie mając pojęcia, że dziewczę przed nią… Nie umie czytać.
Oh, Jem. Gdybyś tylko się odważyła powiedzieć, że nie zdobyłaś tej zdolności- miałabyś najlepszą nauczycielkę pod słońcem. Cartwright była chyba najbardziej cierpliwą osobą na tej ziemi.
- A może jednak nie. - Uśmiechnęła się półgębkiem na jej odpowiedź.
Sukces, Jem. Powoli zdobywała zaufanie Villemo, która możliwe, że… Zbyt euforycznie podeszła do nawiązania nowej relacji. To przyćmiło nieco jej logiczne myślenie- dedukowanie, iż pomarańczowa zdecydowanie nie była dobrą osobą do towarzystwa. Mogła być zagrożeniem. Zagrożeniem dla biednego serca Vill, które pękłoby na milion kawałeczków, gdyby nowa znajoma powiedziała, że chce z nią rozmawiać tylko i wyłącznie dla swoich własnych korzyści.
-Całkiem zwyczajne. Czemu sądzisz, że dziwne? - Zdziwiła się, ciekawa czemu jej imię może być dla kogoś nietypowe. Zielonej wydawało się, że Villemo było dużo na tym świecie. Choć prawda- nigdy nie spotkała osoby o tym samym imieniu.
Słysząc kolejne słowa, Cartwright rozpromieniła się i uśmiechnęła najpiękniej jak tylko potrafiła, klaszcząc przy tym w dłonie.
-Naprawdę znajdziesz chwilkę, by usiąść nad klawiszami? Będę zaszczycona móc się uczyć. - Wypowiedziała, kiwając przy tym intensywnie główką. Wyprostowała się, podsunęła nieco bliżej w stronę pianina i Jem uznając, że przez chęć nauki gry na pianinie może przekroczyć granicę jej komfortu. - Na początku sama spróbuj. Po prostu uderz w klawisze. Może być jeden, mogą być dwa. Uderz całą dłonią, jeżeli ci to pasuje. Posłuchaj jak brzmi pianino. - Wyjaśniła, kiwając brodą na instrument, a następnie wlepiając zaciekawione spojrzenie w uczennicę.
_________________
    i bloom just for you
 
 
Jem O'Mara


Wysłany: 2018-07-02, 14:43   
   Multikonta: alannah, daniel, rina, birdie
   GG/DC: for fork sake#4969
   Mów mi: toście
[Cytuj]

Nie odpowiedziała od razu na pytanie, głównie dlatego, że nie znała odpowiedzi, która by zadowoliła Villemo - a raczej nie wiedziała jaka ją zadowoli. Wolała więc odczekać, mając nadzieję, że jej milczenie zmotywuje dziewczynę do rozwinięcia swojej myśli. Prawda była taka, że Jem nigdy nie czuła się w nikim zakochana. Przed epidemią była na to stanowczo za młoda, a później… Później jedyni mężczyźni w jej życiu mieli ponad czterdzieści lat, a ich głowy wypełnione były okropnymi, brudnymi myślami, z którymi pomarańczowa nie chciała mieć doczynienia. Jedyny kontakt z ludźmi w jej wieku był wtedy, gdy musiała ich sprzedać do obozu. Nie były to najlepsze warunki na miłość.
W dodatku nie potrzebowała nikogo, miała swojego brata i większość swojej energii poświęcała na pilnowanie, żeby nie stracił więcej kończyn. Oczywiście Jem nigdy nie przyszło do głowy, że zakochać można się w kimś innym niż w chłopcu, gdy jesteś dziewczyną. Właściwie dopóki nie zobaczyła tego w obozie, to nie widziała nawet, że coś takiego jest możliwe.
- Nie - odparła po usłyszeniu odpowiedzi zielonej. Spięła się nieznacznie, gdy ta zaproponowała jej książkę. Zgodzenie się byłoby łatwą drogą do podlizania się dziewczynie, jednak będzie na pewno chciała poznać później jej opinię na ten temat. - Nie czytam książek.
Nie było to kłamstwem, a nie brzmiało też jakoś bardzo podejrzanie. Wiele ludzi, a szczególnie już PSI, nie miało czasu lub chęci na czytanie. Nie powinno więc to jakoś bardzo zadziwić zieloną.
Wzruszyła ramionami.
- Nigdy go wcześniej nie słyszałam - powiedziała obojętnym tonem. - Ale brzmi… bogato.
Chciała sprawdzić jak dziewczyna zareaguje. Czy była bananowym dzieckiem czy tak jak ona pochodziła z niższych swer? Jem o wiele bardziej wolałaby pierwszą opcję, bo nie lubiła się mylić.
Ponownie przeniosła spojrzenie na dziewczynę, gdy ta przysunęła się bliżej. Jej ramię ocierało się o ramię Jem, co dziwnie ją rozpraszało. W głowie pomarańczowej pojawił się jednak pomysł, żeby spróbować czegoś… mocniejszego niż samo czytanie w myślach. Zrezygnowała z tego pomysłu, bojąc się, że dziewczyna zaraz to wyłapie, zawoła strażnika i zamiast zajmować się Joyem Jem będzie siedzieć w izolatce. Znowu.
Położyła palce na klawiszach i wcisnęła trzy pierwsze, bez większego przekonania.
- Tak właściwie - zaczęła. - dlaczego trafiłaś tutaj, a nie do obozu?
Było to sensowne pytanie. Wiele dzieciaków zastanawiało się “dlaczego ja” lub w tym przypadku - “dlaczego ona, a nie ja? “. Jem znała na to odpowiedź - bo była nikim. Od zawsze, aż do samego końca była zwyczajnie nikim. Nie wzięli jej do specjalnego oddziału super PSI, a tutaj pewnie trafiła tylko dlatego, że była zbyt głupia, aby uciec z obozu wraz z całą resztą. Albo raczej zbyt zamknięta w izolatce.
_________________


THIS IS MY FAMILY

This is my family. I found it all on my own. It's little, and broken, but still good. Yeah - still good. © signature by anaëlle.
 
 
Villemo Cartwright


Wysłany: 2018-07-02, 14:47   
   Multikonta: Cheo & Nemo & Echo & Milo
[Cytuj]

Tak naprawdę każda odpowiedź zadowoliłaby Villemo. Nawet zwyczajne nie, bądź nie chcę o tym rozmawiać. Może ten temat był dla Jem drażliwy? Może przeżywała w środku, że nigdy nie przeżyła prawdziwej miłości, choć tak bardzo jej pragnęła? Albo w drugą stronę- zmusili ją do niej, przez co uczucie do drugiego człowieka stało się czymś obcym. Okrutnym przymusem, przez który musi cierpieć.
Nie.
-Ja też nie. Ale wiele razy mnie do tego zmuszali. - Uśmiechnęła się smutno, wspominając to, jak ojciec próbował przekonać ją do romansu ze strażnikiem.
Trochę się zasmuciła słysząc, że Jem nie czyta książek. A już miała w głowie wizję, że wspólnie czytają jakieś dzieło, a następnie rozważają na jego temat godzinami, doszukując się drugiego dna. Trochę jej tego brakowało. Takiej analizy z kimś innym, niż z drugim zielonym. Takiego… Ludzkiego myślenia, które nie będzie zaprzątane tysiącami innych analiz, które mogą doprowadzić do totalnego pozbycia się uroku książki.
-Bogato? - Zdziwiła się. Tak szczerze zdziwiła. - Wydaje ci się. Według mnie twoje imię brzmi bogato, wiesz? Bo jest krótkie, łatwe i przyjemne do zapamiętania. Z moim bywa ciężko. Wszyscy je skracają do Vill, bo nie chce im się wypowiadać go w całości. - Wytłumaczyła.
Zupełnie nie przejmując się tym, że siedziały ramię w ramię, spoglądała w dół, uważnie obserwując ręce pomarańczowej a w zasadzie… Jedną rękę, która podążyła na klawisze i uderzyła w trzy pierwsze.
Zaśmiała się, słysząc jak żałosny dźwięk wydało z siebie pianino. W zasadzie już miała rozpoczynać długi wykład dotyczący nut i tego, że podczas grania jedna ręka robi coś innego, a druga też coś innego, ale… Usłyszała pytanie.
-To też kiedyś był obóz. Dopiero niedawno zaczęli go zmieniać, nazwali Projektem Omega i mam wrażenie, że były to zmiany specjalnie dla… Was. - Wymijająca odpowiedź. Co miała jej powiedzieć? Że trafiła tu tylko i wyłącznie dzięki tatusiowi? Że jej tatuś jest SSP? Że zna się z panią prezydent i mówią do siebie na “ty”? Może miała do tego wspomnieć, że nigdy żaden PSI nie podniósł na nią ręki, zamiast tego trafiała na trenerów, będących najgorszymi szujami na świecie. Nigdy jej jednak nie bili prosto w twarz. Miała ją zbyt ładną. Ponadto tatuś zabronił. Zawsze wymierzali ciosy poniżej szyi.
Zmartwiła się. Wyraźnie się zmartwiła, spuszczając wzrok z dziewczyny i zatrzymując go gdzieś na swoich kolanach.
_________________
    i bloom just for you
 
 
Jem O'Mara


Wysłany: 2018-07-02, 15:04   
   Multikonta: alannah, daniel, rina, birdie
   GG/DC: for fork sake#4969
   Mów mi: toście
[Cytuj]

Uniosła brwi wymownie do góry. PSI byli zmuszani do wielu rzeczy, pierwszy raz jednak usłyszała o przypadku, gdy ktoś zmuszał ich do miłości. Najbliżej takiej sytuacji był Joy, gdy strażnik postanowił nakręcić sobie własnego pornosa w obozie. Wątpiła jednak, żeby coś takiego dziewczyna miała na myśli. Aby jednak się upewnić spróbowała wejść do jej aktualnych myśli na ten temat.
Wzruszyła ramionami.
- Bogaci ludzie często nadają sobie bezsensownie długie imiona, których nikt nie ma czasu wymawiać - powiedziała w przypływie szczerością. Szybko jednak zauważyła swój błąd, więc uśmiechnęła się najładniej jak potrafiła, z perfekcyjnie udawaną pokorą. - Przepraszam, to źle zabrzmiało. Więc nie lubisz, gdy ktoś skraca twoje imię?
Ledwo powstrzymała się przed spojrzeniem na dziewczynę z mordem w oczach, gdy ta zaczęła się śmiać z jej umiejętności, a raczej ich braku, muzycznych. Nigdy nie twierdziła, że jest dobra, ale jej biedna duma została w tym momencie urażona.
- Jak masz zamiar się śmiać, to sobie pójdę - zagroziła niczym małe dziecko w piaskownicy. Trochę czasami takim dzieckiem była, z pewnością nie lubiła dzielić się swoimi zabawkami, głównie dlatego, że ludzie mieli tendencje do ich niszczenia. Czasami bywała zaborczo-opiekuńcza w kwestii Joy'a, ale było to spowodowane strachem przed, że ktoś zrobi mu krzywdę. Było w tym jednak coś więcej - Jem zwyczajnie nie lubiła się dzielić.
Nie kupiła jej odpowiedzi. Wątpiła, żeby dziewczyna chciała ją okłamać, może po prostu nie wiedziała jak wyglądają inne obozy?
- Obóz na wyspie? U nas jedyną wyspą była wiecznie zalana łazienka, a zamiast plaży mieliśmy wątpliwego pochodzenia prochy na spacerniaku. To nie jest obóz. - Lekko się niosła gniewem, chociaż jej głos pozostał cichy, to wyczuć można było w nim chłód. Jem w swojej głowie już dawno ubzdurała sobie, że Villemo miała lepiej i nic, co dziewczyna powie nie zmusi ją do zmiany zdania.
_________________


THIS IS MY FAMILY

This is my family. I found it all on my own. It's little, and broken, but still good. Yeah - still good. © signature by anaëlle.
 
 
Villemo Cartwright


Wysłany: 2018-07-02, 15:06   
   Multikonta: Cheo & Nemo & Echo & Milo
[Cytuj]

Nie, to zdecydowanie nie był taki rodzaj miłości. Zaraz, czy w ogóle takie coś można nazwać miłością? Bardziej spełnianiem popędów. Instynktów. Czegoś, nad czym nie mogło się zapanować. Zdecydowanie nie można było nazwać tego miłością. Miłość była czymś… Idealnym. Przynajmniej w słowniku Villemo. Głębokie uczucie kojarzyło jej się z oddaniem, z urokiem od pierwszego wejrzenia i z motylkami w brzuchu. Zdecydowanie nie można było nikogo do czegoś takiego zmuszać.
Kolejny ucisk w głowie poprzedzony tym, że zdała sobie sprawę, iż Jem ponownie próbuje wejść jej do głowy. Niestety- drugi raz znów zakończył się bezskutecznie.
-Znów wystarczyło zapytać. - Westchnęła, kręcąc łepetyną na dwie strony, uśmiechając się do niej jeszcze szerzej, niż dotychczas. Mimo całej tej pozytywnej otoczki Jem mogła usłyszeć chłodny ton w jej głosie świadczący o tym, że ją upominała. - Jeszcze nikomu nie udostępniłam swojej głowy. Wybacz. - Dodała czym prędzej, jakoby obawiała się, że poprzedni ton w głosie może spłoszyć jej nową przyjaciółkę. Tak, przyjaciółkę. Oczywiście Villemo uwielbiała wybiegać myślami w przyszłość i gdzieś tam za parę tygodni widziała scenę, podczas której nazywa pomarańczową kimś bliskim.
-Nie lubię się spieszyć. Wolę, jak wszystko toczy się bardzo powoli, zgodnie z harmonią. Tak, by ten ktoś drugi mógł spokojnie wypowiedzieć moje pełne imię. - Zastanowiła się przez chwilę. W zasadzie Jem z jednej strony miała rację. Rodzice zawsze powtarzali, że Villemo brzmi dumnie. Że w przyszłości każdy będzie ją szanował nie tylko ze względu na to, co będzie sobą reprezentowała, ale słysząc imię… Tak. Zdecydowanie nabiera się respektu.
-Nie śmieję się z ciebie, śmieję się do ciebie. - Wyjaśniła pospiesznie, nie zmazując delikatnego grymasu ze swojej twarzy. - Jeżeli położyłabyś palec jeden klawisz dalej, usłyszałabyś czysty dźwięk. - Wytłumaczyła, w razie czego pokazując miejsce, o które jej chodziło. Pokiwała nawet zachęcająco głową, by Jem spróbowała ponownie. Nie naciskała jednak- zostawiła dziewczynie wybór.
Gdyby pomarańczowa przyjrzała się uważniej Villemo, mogłaby zobaczyć w jej oczach zmartwienie. I zakłopotanie. Rzeczywiście nic nie wiedziała o obozie. Takim, o jakim mówiła Jem. Doskonale zdawała sobie sprawę, że trafiła w lepsze miejsce tylko i wyłącznie ze względu na swojego ojca. Miała wiele szczęścia. Czy mogła być z tego powodu dumna? Cóż…
-Już nie jest. Czasy obozów minęły. - Rzekła, choć sama nie była pewna tego, co mówi. Zwyczajnie bała się, że to stwierdzenie może być… Kłamstwem. A co, jeżeli prezydent wróci do poprzedniego pomysłu, bo ten nowy jej się nie spodoba?
_________________
    i bloom just for you
 
 
Jem O'Mara


Wysłany: 2018-07-20, 00:08   
   Multikonta: alannah, daniel, rina, birdie
   GG/DC: for fork sake#4969
   Mów mi: toście
[Cytuj]

Jem zaczynała odczuwać zdenerwowanie biorące się z tego, że jej rozłąka z Joy'em trwała wyjątkowo długo. Kto wie co teraz mu robiono i czy na pewno była to faktyczna opieka medyczna. Z posiadanych do tej pory informacji powinna być spokojna - Omega wydawała się przyjazna dla PSI, a przynajmniej z pozoru. Właśnie... pozoru. Jako pomarańczowa wiele razy przekonała się już, że pozory często mylą.
- Obozy dalej tu są - warknęła zdenerwowana i wstała od pianina, naciskając z impetem klawisze, które wydały z siebie głośny, nieczysty dźwięk. - Ale żadnego nigdy nie widziałaś, więc skąd możesz to wiedzieć?
Ignorancja lub ślepota dziewczyny denerwowała Jem. Obozy nigdy nie znikną - Lara może malować ten ośrodek jak tylko chce, jednak to dalej będzie jedynie kiepska wydmuszka. Dopóki ich zwyczajnie nie wypuści, nie zwróci ukradzionej sprzed siedmiu lat wolności, to obozy dalej będą trwać. W takiej czy innej formie.
Musiała znaleźć Joy'a. Natychmiast.
- Muszę znaleźć mojego brata - wymruczała jako wymówkę, żeby opuścić dziewczynę i następnie usunęła się z sali.

z/t
_________________


THIS IS MY FAMILY

This is my family. I found it all on my own. It's little, and broken, but still good. Yeah - still good. © signature by anaëlle.
 
 
Cheolmin Seon



Wysłany: 2018-08-06, 10:55   
   Multikonta: Echo & Nemo & Villemo & Koya
   GG/DC: 7661895/ czasem#3954
   Mów mi: Pluszu vel Księciej Zbierania Wpierdolu
[Cytuj]

Mistrz Gry


Joy miał spędzać jak najwięcej czasu w świetlicy. Ponadto pracownicy Omegi mieli starać się się jak najczęściej rozdzielać go z siostrą, starając się budować w nim poczucie własnej wartości, podwyższyć samoocenę i sprawić, by mógł funkcjonować samodzielnie. A przynajmniej... Choć trochę samodzielnie.
Kto wystawił mu takie zalecenia? Leander Han, obozowy medyk, którego Joy doskonale pamiętał z lat piekła na ziemi, kiedy to jeszcze musiał spać na tapczanie z wystającymi śrubami, które gniotły go w plecy. Okazało się, że Chińczyk dostał pracę właśnie na wyspie, wybierając się na nią wraz z innymi pracownikami. Prezydent mu ufała, więc pociągnęła go za ucho w swoją stronę, starając się zrobić z niego nie lekarza, a już... Naukowca. Naukowca, który będzie nie tylko pomagał dzieciom w zwykłej grypie czy dawał tabletki na ból brzucha.
Należało wspomnieć, że Leander stał się cieniem człowieka. Wyraźnie schudł, radość z jego ocząt już dawno gdzieś uleciała wraz z nadzieją, że jeszcze kiedyś ujrzy swojego syna i żonę. Palił nie tylko wieczorami. Aktualnie potrafił zużyć dwie, nawet trzy paczki dziennie, by poradzić sobie z coraz bardziej drżącymi dłońmi, z coraz bardziej okrutnymi myślami, nawiedzającymi umysł.
Joy został zaprowadzony przez Hana do świetlicy, aby tam usadowić go przy jednym ze stołów, dać wszystkie możliwe farby, mazaki, brokaty i kredki wraz z całym kompletem pędzli, kartek papieru (tych białych jak i kolorowych). Sam mężczyzna usiadł w kącie, chwytając mocniej teczkę z aktami Joy'a i wlepił w niego wzrok zza delikatnie zsuniętych okularów.

My jesteśmy krasnoludki, hopsa sa, hopsa sa...
Dźwięk delikatnego, dziecięcego głosu przecinał ciszę na korytarzach ośrodka. Małe, drobne dziewczę, kicało sobie przez kolejne metry długiego pomieszczenia, nucąc dobrze znaną piosenkę, którą nauczyła ją pani doktor Brooks. Straszliwie za nią tęskniła. W zasadzie tęskniła za mamą, tęskniła za tatą, o którym mama jej opowiadała, a tak naprawdę go nie znała. I tęskniła za kimkolwiek, bo ostatnimi czasy nie mogła się z nikim bawić. Wszystkie duże dzieci uczęszczały na treningi. Wszyscy dorośli mówili, że nie mają kiedy z nią namalować wielkiego grzybka pełnego krasnoludków czy ulepić zamku z piasku na plaży.
...Pod grzybkami nasze budki, hopsa sa, hopsa sa...
Drobne nóżki dziewczynki skierowały się w stronę świetlicy. Tam zawsze coś się działo. Nawet jeśli nie było nikogo, Chia uwielbiała buszować w wielkich pudłach, wyciągać bloki do rysowania i farby, a następnie tworzyć z nich wspaniałe dzieła. Chyba połowa z rysunków, wiszących w świetlicy, była właśnie jej. Wręcz kochała to robić.
-Dzień dobry panie doktorze panie Leanderze panie Hanie!- Wykrzyczała, wchodząc do pomieszczenia, gdy tylko ujrzała znajomą twarz. -Czy mogę porysować? Chcę narysować jabłko!- Dodała bardzo głośno, stając na środku i zaczynając kręcić się w kółko. Jeden obrót, drugi obrót... Robiła to z wyjątkową gracją. Zupełnie tak, jakby ktoś z jej rodziny był tancerzem.
_________________
<img style="width:240px" src="https://i.imgur.com/QLBNugy.gif"><fieldset style="width:245px; border-top:3px solid #5e5e5e; border-left:0px; border-right:0px; border-bottom:3px solid #5e5e5e; padding-left:1px; padding-right:1px;"><legend align="center"><div style="font-size:14px; font-family:Georgia; color:grey">don't worry</legend><div style="margin-top:-5px; line-height:85%;font-family:Constantia; font-size:11px;text-transform:lowercase;text-align:justify;color:#5e5e5e">
i am always in your head
</fieldset>
Ostatnio zmieniony przez Cheolmin Seon 2018-08-06, 21:41, w całości zmieniany 1 raz  
 
 
Joy O'Riley


Wysłany: 2018-08-06, 13:19   
   Multikonta: Levi
   GG/DC: joy.#8424
   Mów mi: JOY
[Cytuj]

Zwinięty Tekst:

Ubiór: koszulka z jednorożcem, dresowe spodenki w których widoczne są jego protezy
Ekwipunek: brak



Rozdzielanie Joy’a z rodzeństwem stawało się tym trudniejsze, im częściej próbowali to robić. Z początku z łatwością dawał się zabierać zachęcany budyniem, czy po prostu o to poproszony. Lecz z czasem zauważył brak siostry przez tak wiele godzin w ciągu dnia. Wspólne treningi, które były ulubionym zajęciem Joy’a były mu ukrócane na rzecz przesiadywania w świetlicy. Joy bardzo lubił to pomieszczenie. Mógł tu sobie rysować i lepić w plastelinie i bawić się zabawkami, które w większości po raz pierwszy zobaczył właśnie tutaj. To jednak nie było wcale fajniejsze od zabawy z Jem i Jes.
I dziś znowu Jem gdzieś sobie poszła, Jes zniknął i Joy został sam. Postanowił więc ich poszukać, może Jes poczytałby Joy’owi jakąś mądrą książkę na głos albo Jem dałaby mu zrobić warkoczyki. Przemierzał więc jeden z korytarzy nawołując kolejno imiona swego rodzeństwa „JEM! JES!” Jednak zamiast Joy znalazł któregoś ze swych klonów, to Joy został znaleziony i jak co dzień odprowadzony do świetlicy. Tego dnia jednak wcale go to nie ucieszyło, gdy zorientował się gdzie znów trafił. Posłusznie, lecz z naburmuszoną miną pięciolatka usiadł przy stoliku.
- Joy nie chce rysować.- rzucił z fochem, ręką zwalając pudełko z kredkami na podłogę.
- Joy chce do Jem i Jes’a. - mówił dalej, nie zmieniając swej nadętej miny, która jeśli nadnie się jeszcze choć trochę to zmieni się w płacz.
Zaraz zrzucił jeszcze i mazaki. W powietrzu zaczęła unosić się woń tlącego się papieru, leżącego zbyt blisko chłopaka.
- Joy nie chce rysować! - zawołał znowu uderzając pięściami w blat stolika, dalszą część przedstawienia przerwała mała dziewczynka, która weszła do pomieszczenia. Czerwony mimowolnie spojrzał na nią z miną smutnego szczeniaczka, odwrócił się szybko z powrotem, założył ręce na piersi, zjechał pupą do połowy siedzenia i burknął tylko: - Joy nie lubi jabłek.
_________________
ohana

means
family
 
 
Cheolmin Seon



Wysłany: 2018-08-06, 13:32   
   Multikonta: Echo & Nemo & Villemo & Koya
   GG/DC: 7661895/ czasem#3954
   Mów mi: Pluszu vel Księciej Zbierania Wpierdolu
[Cytuj]

Mistrz Gry


Leander nie reagował na jego fochy, płacze i prośby dotyczące odnalezienia Jem i Jesa. Nadal siedział w rogu sali, skrzętnie robiąc notatki, opisując dosłownie każdy ruch Joy'a. Nawet skrótowo opisał to, co mówił i w jaki sposób zrzucił przedmioty ze stolika. Wspomniał również o tym, że najpierw kredki spadły na podłogę, a zaraz później mazaki.
Widząc, że stan chłopaka z każdą kolejną chwilą staje się coraz bardziej niebezpieczny, wyciągnął z kieszeni pilocik, który w razie co włączyłby delikatny szum dla czerwonych. Leander zrobiłby to jednak w ostateczności- gdyby chłopiec zaczął zagrażać dziewczynce, będącej w pomieszczeniu.


-Coś tu śmierdzi.- Przyznała Chia, rozglądając się uważnie po okolicy. Czym prędzej dostrzegła, że papier, leżący blisko chłopaka, zaczął się spopielać. Zupełnie nie przejmując się tym, iż może zostać poparzona, podskoczyła do niego z szerokim uśmiechem na twarzy. -Dlaczego nie lubisz jabłek?- Zapytała, marszcząc przy tym czoło. Założyła ręce na klatce piersiowej i wydęła dolną wargę, jakoby w obrażeniu. Przecież jabłka były cudowne! Takie smaczne. I takie czerwone! A niektóre zielone. Zupełnie jak z bajek. -Co lubisz?- Zadała kolejne pytanie, wdrapując się na krzesło obok swojego nowego znajomego.
Całkowicie straciła zainteresowanie doktorkiem, który nie odpowiedział jej nawet na przywitanie. Zamiast tego cały czas coś skrzętnie notował, łypiąc na nich spod okularów. Nadgarstek automatycznie przesuwał się po kartce papieru w połączeniu z mocno zaciśniętymi palcami na długopisie.
_________________
<img style="width:240px" src="https://i.imgur.com/QLBNugy.gif"><fieldset style="width:245px; border-top:3px solid #5e5e5e; border-left:0px; border-right:0px; border-bottom:3px solid #5e5e5e; padding-left:1px; padding-right:1px;"><legend align="center"><div style="font-size:14px; font-family:Georgia; color:grey">don't worry</legend><div style="margin-top:-5px; line-height:85%;font-family:Constantia; font-size:11px;text-transform:lowercase;text-align:justify;color:#5e5e5e">
i am always in your head
</fieldset>
 
 
Joy O'Riley


Wysłany: 2018-08-06, 17:02   
   Multikonta: Levi
   GG/DC: joy.#8424
   Mów mi: JOY
[Cytuj]

Brak reakcji ze strony Pana Doktora dodatkowo irytowała Joy’a, podsycając go do większej histerii. I gdyby dziewczynka nie zaczęła go zaczepiać, to z pewnością zacząłby szaleć. To ona jednak zaczęła skupiać na sobie jego uwagę. Jednak nie na tyle by zmienić niepodobne do niego negatywne nastawienie. Joy stawał się taki, gdy jego borderline brał nad nim górę. Mogło to mieć dwojakie konsekwencje: albo się w sobie zamknie, albo stanie się agresywny.
- Joy nie lubi jabłek, bo jabłka Joy’a udusiły. - wyjaśnił, wciąż siedząc naburmuszony i wspominając o tych dziwacznych plasterkach, którymi karmił go Jes jakiś czas temu. Wtedy, gdy niemal nie udusił się, bo zbyt duży kawałek utknął mu w przełyku, pozbawiając chłopca powietrza.
- Joy lubi budyń. - dzisiaj zdecydowanie nie był zbyt rozmowny, co chwilę zerkał jednak na kartkę na której rysowała dziewczynka, potem na nią, a potem na mężczyznę siedzącego w rogu. Jednocześnie zaczął bujać się na krześle, to w przód, to w tył i znowu w przód i zaraz opadał, huśtając się coraz wyżej.
- Co to? - spytał trochę od niechcenia, a trochę z ciekawością o rysunek. I nagle stracił równowagę i z impetem przydzwonił twarzą w blat stolika. Uderzenie było na tyle silne, że oszołomiło go do tego stopnia by przez kolejną chwilę trwał bezruchu niczym nieprzytomny... a może martwy?
_________________
ohana

means
family
 
 
Cheolmin Seon



Wysłany: 2018-08-06, 21:51   
   Multikonta: Echo & Nemo & Villemo & Koya
   GG/DC: 7661895/ czasem#3954
   Mów mi: Pluszu vel Księciej Zbierania Wpierdolu
[Cytuj]

Mistrz Gry



A Leander nadal nie reagował. Siedział w kącie niczym duch, nie przestając pisać. Łypał co chwilę to na Chię, to na Joy'a, starając się wyłapać każdy, nawet najmniejszy szczegół ich rozmowy. Był uważnym obserwatorem, a zarazem działał na tyle delikatnie, że dzieci nie mogły odczuć jego obecności w świetlicy. Ot, po prostu był. Egzystował. Równie dobrze mógł być określony jako jeden z rysunków, przyczepionych do bladej ściany.

-Przecież jabłka nie mają rączek.- Mruknęła Chia, patrząc na Joy'a takim wzrokiem, jakby mu nie wierzyła. No bo jak to tak- jabłko mogło kogoś udusić? Przecież było smakowite, słodkie i najlepsze wraz z kisielem truskawkowym!
Chia rysowała... Postać. Jakąś bliżej nieokreśloną, swoją własną, wymyśloną. Słysząc pytanie chłopaka, automatycznie przerwała, unosząc na niego wzrok.
-To mój tata. Mama mówi, że mam tatę, ale gdzieś uciekł.- Wyjaśniła elokwentnie i już miała ponownie chwytać za kredkę, gdy nagle...
-Panie lekarzu! On umarł!- Wrzasnęło dziecko, które zeszło ze stolika i rzuciło się w stronę nowego przyjaciela. Objęło jego ramię delikatnymi rączkami i zaczęło nim potrząsać, chcąc zrobić wszystko, by tylko się obudził.
I właśnie w tym momencie Chia zrobiła coś, o czym nie miała zielonego pojęcia. A w zasadzie pomarańczowego, bo jej ojciec był właśnie spod tego koloru. Odbierając Joy'owi cały ból, cały fizyczny dyskomfort, nadal potrząsała jego ciałem, przerażona, że chłopak już nigdy się nie obudzi.
_________________
<img style="width:240px" src="https://i.imgur.com/QLBNugy.gif"><fieldset style="width:245px; border-top:3px solid #5e5e5e; border-left:0px; border-right:0px; border-bottom:3px solid #5e5e5e; padding-left:1px; padding-right:1px;"><legend align="center"><div style="font-size:14px; font-family:Georgia; color:grey">don't worry</legend><div style="margin-top:-5px; line-height:85%;font-family:Constantia; font-size:11px;text-transform:lowercase;text-align:justify;color:#5e5e5e">
i am always in your head
</fieldset>
 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
[ ODPOWIEDZ ]
Nie możesz pisać nowych tematów
Możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  


Forum zostało otwarte 15.08.2016r. || Forum zostało ponownie otwarte 10.02.2018r.
Właścicielem kodu nagłówka oraz ogłoszenia jest Spenny, a kod dopasowała Kelly z pomocą Leen. Grafikę wykonała Lama. Zakładki należą do Noritoshiego, a system notyfikacji do Leen.
iGrowl, SweetAlerts2, Linecons