you don't need to be a hero.
Dziękujemy Wam za wspólną grę! Forum zamykamy 13.05.2019.
Więcej informacji oraz podziękowania w ogłoszeniu. Do zobaczenia w przyszłości! <3
Pogoda i czas
Aktualna temperatura oscyluje w granicach -5 do -10°C

Mamy grudzień 2023 roku.

ogłoszenia
23-12
Życzenia świąteczne i noworoczne!
[dowiedz się więcej]
14-12
Przeskok fabularny i kilka nowości
[dowiedz się więcej]


Poprzedni temat «» Następny temat
Opuszczony market
Autor Wiadomość
Administrator


Wysłany: 2018-01-13, 00:33   Opuszczony market [Cytuj]

OPUSZCZONY MARKET

Opuszczony budynek marketu “Wall-Mart” wygląda tak, jakby za kilka dni miał pójść do rozbiórki. Każda z szyb, która niegdyś była wystawą sklepową została roztrzaskana na maleńkie kawałeczki, tworząc nie tylko przeciąg wewnątrz budynku, ale i łatwą drogę wejścia i wyjścia. W środku jest masa poprzewracanych sklepowych półek. Większa część zaopatrzenia sklepu została skradziona przez dzieci bądź dorosłych, którzy w wyniku kryzysu stracili swoje domy i gospodarstwa. Wewnątrz marketu jest też wiele miejsc, które ewidentnie dawniej służyły za obóz - porozbijane namioty, pozostawione śpiwory. Sklep jest bardzo brudny - podłogi są praktycznie całe w kurzu jak i w błocie. Ściany są brudne, a w niektórych miejscach nawet i zakrwawione.
 
 
Benjamin R. Lee


Wysłany: 2018-02-11, 21:12   
   Multikonta: Angus Wilde
[Cytuj]

Biegł przez śliski chodnik ledwo co utrzymując równowagę; galopował poprzez kostki łączące się w jedną drogę.
Sapiąc złapał się za czapkę prawą ręką, a drugą wymachiwał, aby przyśpieszyć swój ruch. Monotonnie odwracał głowę za bark, sprawdzał czy nikt go nie śledzi. Klął pod nosem chciwie wdychając powietrze.
Dzień był dość jasny jak na Luty. Promienie słoneczne były wystarczająco silne, żeby stopić resztki śniegu z dziko rosnącej trawy, lecz zbyt słabe aby roztopić lodową warstwę na brukowym chodniku.
Oglądając się, pamięciowo fotografował obraz za sobą. Chwasty - deptane przez bruneta - wysuwały się spod kamiennych kafli, zaś wokół ścieżki wyrastały masywne strzępy zielska. Były jak połowa jego ciała, może nawet trzy czwarte.
Szumiło mu w uszach. Stąpanie lekkich butów na kamiennej powierzchni sprawiało wrażenie trzęsienia ziemi dla Benjamina. Porównywał swoje kroki do opętanych gołębi masowo zabijających się o okna cichego domu.
Jednak oprócz zdziczałej postaci Bena, wszystko wokół, co było równie dzikie jak i on, było zadziwiająco spokojne. Kwiaty tańczyły walca z chwastami, a opustoszałe gałęzie syczały swą cichą pieśń. Główne skrzypce jednak grał oddech młodego dorosłego.
Hamując przed (a bardziej za, ponieważ ma zamiar wejść od tyłu) Walmartem, lód na chodniku zmienił bieg zdarzeń i plask! chłopak zderzył się twarzą w twarz z betonową ścianą.
Tynk ze starej ściany upadł brudząc jego włosy pełne kołtunów. Podrapał się po kości jarzmowej, po czym przeklął na głos.
Zrobił dwa kroki w tył, odwrócił się na pięcie i podszedł do roztrzaskanego okna marketu. Kawałki szkła mieściły się tuż pod jego nogami. Musiało być wybite od środka.
Położył dłonie w miejscach, gdzie ich nie rozetnie, a po tym ruchu logiczne było przeskoczyć. Dla pewności postanowił łagodnie przejść. Podniósł jedną nogę, podniósł drugą. Ustał tam, gdzie posiadał ręce, które teraz znajdowały się w kieszeniach beżowych, brudnych od błota spodni.
Stając na ramie okna zerknął jeszcze raz za siebie. Spojrzał na słabe, chore drzewa, to na oliwkowe krzaki. Słońce wystawało spod jednej z gałęzi. Wszędzie przed, bądź za opuszczonymi budynkami znajdował się ten sam widok.
Powoli podążył wzrokiem przed siebie, a wtem rozszerzył oczy.
Widział zakrzepłą krew, ślady ogromnych buciorów oraz porozwalane, niezdatne do użytku artykuły spożywcze. Przywykł do takiego rodzaju widowiska. Wytężył na chwilę słuch, aby przekonać się czy nic się nie porusza w środku. Z pewnością swojej tezy wlazł flegmatycznie do środka.
Podeszwy butów plasnęły głucho o brudne kafelki. Poruszał żwawo gałkami ocznymi po pomieszczeniu. Leżały tutaj niechlujnie porozwalane śpiwory. Niektóre użyte, niektóre nie.
Kucnął tuż przy oknie, z którego wyleciał. Kolana głośno strzyknęły. Ben zacisnął zęby i nerwowo się rozejrzał. Złapał stromy parapet, następnie wychylając łepetynę rozejrzał się.
Ni słychu, ni widu.
Oparłszy dłoń na zabłoconej podłodze zaczął niuchać wszystko, co go otaczało. Od samej podłogi, aż po przeciwległy namiot po drugiej stronie pomieszczenia. Zauważył, iż znajduje się w magazynie. Pustym magazynie.
Okno, jakim wszedł, było jedynym oknem w tym pomieszczeniu. Na przeciwległej ścianie były trzy sklepowe półki, a na prawo od nich kilka długich... półek? Nie umiał ich nazwać, ale pełno ich w każdym magazynie. Obok nich była wentylacja. Otwarta. Powietrze było stęchłe mimo rozbitego okna. Po lewej stronie od półek jednak znajdowały się blaszane drzwi. Posiadały dwa ogromne wgłębienia oraz nie trzymały się stabilnie, dając kolejną smugę światła.
Było tylko kilka pudeł obok jednego śpiwora. To ten śpiwór został oświetlony poprzez mdłe światło żarówki z przyległego pokoju.
Natychmiastowo wstał, wyprostował się, następnie wytarł zabłoconą dłoń w kurtkę starannie wycierając każdy element skóry pomiędzy palcami.
Podbiegł, wręcz rzucił się na kartony.
Podczas otwierania środkowego z nich, jego ślepia powędrowały w górę. Głośno przełknął ślinę.
Śpiwór, dokładniej poduszka, był cały zakrwawiony. Wyglądało to na świeżą krew, miał jednak skrytą nadzieję, że miała około tydzień. Zmarszczył nos, spróbował aromatu. Cicho się zaśmiał.
- Niepotrzebnie się martwisz - mruknął pod nosem wracając do pudła, z kolei penetrując je łapskami.
 
 
Kelly McCarthy



Wysłany: 2018-02-12, 12:09   
   Multikonta: Mistrz Gry, Cookie
[Cytuj]

Market od dawna był opuszczony. Na półkach leżały produkty, których większość nie nadawała się już do spożycia. Dlaczego właściciel nie zabrał wszystkiego? Nie zabezpieczył budynku? Mógł to przecież sprzedać za niezłą kwotę... Albo bardzo długo żywić rodzinę... Mogło to dziwić, lub też nie... Po wybuchu epidemii ludzie pakowali się pospiesznie, uciekając z miasta, a nawet z kraju zostawiając cały dobytek swojego życia. Może w akcie desperacji, strachu przed końcem świata ludzie plądrowali sklep, a sam właściciel oddalił się, ze strachu o własne życie? Miło by było być pomarańczowym i poznać historię tego miejsca. Ot z czystej ciekawości...
McCarthy była jednak niebieska, a jej umiejętności opowiadania historii kończyły się na domysłach i bezsensownym steku bzdur układanym w głowie.
Była w markecie nie raz, zabierała wszystko co była w stanie unieść, wszystkie najpotrzebniejsze rzeczy lądowały w jej szmacianym i brudnym plecaku, a reszta w torbach przewieszonych przez ramiączka.
Nigdy jednak nie zapuszczała się w głąb marketu, z obawy o intruzów. Zwykle wchodziła przez jedną z rozbitych witryn sklepowych, brała pierwsze rzeczy z brzegu i oddalała się czymprędzej. Wiedziała, że martek to idealne miejsce na schronienie dla zbłąkanych wędrowców, a ona sama nie chciała wchodzić nikomu w drogę. Potrzebowała tylko jedzenia i podstawowych porduktów, aby przetrwać. Nic więcej jej nie interesowało. Nie była wynalazcą ani księżniczką, nie potrzebowała elektroniki czy stosu poduszek z piątej alejki.
Spakowała pospiesznie kilka pierdół do plecaka. Guby do żucia, batoniki i kilka puszek napoju. Wszystko było mocno przeterminowane, ale nie zamierzała tego jeść. Nikt chyba nie zamierzał, bo produkty wciąż tu były. Zatrucie pokarmowe bez leków mogło się przecież skończyć tragedią. Gówniana śmierć.
Uśmiechnęła się do swoich myśli i nasłuchując, powoli się wyprostowała. Chyba była sama.
Ruszyła wzdłuż zardzewiałych regałów, okrywajac twarz szczelniej chustką i naciągając na głowę kaptur podartej bluzy.
Usłyszała cichy trzask z tyłu budynku. Zupełnie jakby ktoś rzucił swosem kamieni w ścianę, albo... wpadł na nią. Zastygła w bezruchu, wyciągając mały scyzoryk z kieszeni. Jeżeli posiadasz moc telekinezy, to cóż... Wcale nie potrzeba ci niczego większego.
- No dalej skurwielu. - sapnęła pod nosem, ruszajac w stronę, z której dochodził hałas. Spięła się tak bardzo, że aż rozbolały ją mięśnie. Była chucherkiem. W dodatku mocno niedożywionym i zmęczonym, ma pewnie anemie...
Pchnęła metalowe drzwi, które zaskrzypiały głośno i z trzaskiem upadły na ziemię. Jak się okazało, trzymały się tylko na jednym zardzewiałym zawiasie.
Mało nie parsknęła śmiechem, kiedy jej piwne oczyska zatrzymały się na twarzy intruza.
Świetny wąs, milordzie.
Parsknęła w swoich myślach śmiechem, a kąciki jej ust drgnęły jedynie. Sytuacja wydawała się zbyt poważna, a mimo to nie mogła zachować kamiennego wyrazu twarzy.
- Coś ty kurwa zrobił? - wyszeptała w chwilę po tym, jak wyciągnęła dłoń z ostrzem w jego kierunku, wciąż jednak pozostając w bezpiecznej odległości. Zabił kogoś! On kurwa kogoś zabił! Chciała uciekać, jednak nogi przyrosły jej do brudnej od krwi posadzki.

/o matko, wybacz za gównopost, ale nie pisałam nic od kilku miesięcy. rozkręcę się :D/
 
 
Benjamin R. Lee


Wysłany: 2018-02-12, 13:24   
   Multikonta: Angus Wilde
[Cytuj]

W pierwszym pudle było tylko kilka zardzewiałych zębatek otoczonych różowym polistyrenem o małej objętości.
Odsunął pośpiesznie karton, a ono uderzyło bokiem o podłogę przewracając się z hukiem.
Zgarbił się, zasyczał z niesmakiem. Patrzył na turlający się styropian, który ociężale zmieniał swój kolor z malinowego do bordowego czy nawet orzechowego.
Przewróciwszy oczyma przetrzepał dłonie. Kurczowo złapał się tektury, przyciągnął do swej klęczącej postury.
Zmarszczył brwi, patrzył zafascynowany jak zza dnia kiedy poraz pierwszy widział cyrk.
Klauny, foki, atleci. Wesoła muzyka oraz szydercze twarze. Niemiły kontrast ale tak cieszył dzieciaka, że musiał zobaczyć co jest w środku tego wielobarwnego namiotu.
W tym momencie dla Bena tym namiotem był klocek tektury. Szczelnie zamknięty. Szara taśma starannie przyklejona do nasady kartonu migotała światłem, tylko zachęcała do rozerwania.
Przysunął nos do przemokniętego pudła, nabrał powietrza do płuc. Musiało być nowe.
Z zgrzytem w pożółkłych zębach przewrócił się na zad. Odruchowo złapał się za pomidorową czapkę, pociągnął gluty nosem. Usłyszał szelest z pomieszczenia obok. Gardził sobą przez chwilę w myślach. Mógł się spodziewać, że ktoś tutaj jest. Toć to sprawdził teren, pusto! Był tego pewien tak samo jak był pewien, że szczepionki nie powodują raka.
Jednak się mylił.
Nie miał czasu. Czuł drgania podłogi. Odwlókł się o kilka centymetrów, jednak zatrzymał nieotwartą „skrzynkę“ pomiędzy drgającymi kolanami. Usłyszał szept przeplatany zmachaniem. Była to kobieta. Cieszył się swoimi zdolnościami, lecz niewiele mu to da jeżeli jest na tyle nieostrożny jak teraz.
Przerażenie? Nie. To coś innego targało jego chudym ciałem. Niewiedza.
Mimo wszystko oczy pozostały oazą spokoju o takim samym kolorze jakim może być brudna woda.
Drzwi z łoskotem uderzyły o zakrwawione kafelki, które pękły pod blaszanym naciskiem. Wydała się jedna iskra spod, teraz leżącego, wejścia. Wypukłości na metalicznej, utlenionej ściance wyglądały teraz jak korpus wielbłąda, bądź Nanga Parbat. Teraz dopiero zauważył, kiedy światło dziennie jak i przepalającej się żarówki zawitało do pomieszczenia, iż wrota te posiadają dwie dziury postrzałowe.
Rozszerzona dłoń uniosła się w powietrzu jak triumfująca flaga nad poległym polem, jakim teraz jest niezurbanizowany magazyn. Drugą trzymał się za czapkę.
Zasygnalizował tym ruchem pacyfistyczne podejście oraz brak negatywnych zamiarów.
Uśmiech na oświeconej sylwetce wyjął go z transu ofiary. Powrócił zrównoważony Benjamin R. Lee, a widząc podwyższone kąciki ust dziewczyny sam wyszczerzył zębiska w pogodnym, niewinnym uśmiechu.
Rzucił niezgrabne spojrzenie wprost na nią. Huraganowo podążył po całym ciele zmieniając pogodny uśmiech na paskudny, niekontrolowany oraz ordynarny.
Dziewczyna mogła się tylko domyślać dlaczego się tak grymasi, aczkolwiek odpowiedź była zaskakująco łatwa.
Kopę lat nie widział dziewczyny o rudych kudłach. Miły widok.
Uznał to za najbardziej rozsądne. To, co się stanie będzie najbardziej rozsądne.
Nie odsłaniaj najlepszych kart na początku. Szczególnie przed kobietą.
Położył niemrawo otwarte dłonie na kark, uniósł się na kolano. Analizował wzrokiem dziewczynę przed nim, świecąc uśmiechem do niej.
Była bardzo niska, a majestatyczny kolor ślepi lekko go zaszokował. Były jaskrawo-zielone, a w nich niepokój. Nie był to rasowy strach, lecz zwykły niepokój. Usta też miała ładne, trzeba przyznać.
Ospale podniósł się z kolan. Uśmiech zmienił swój grymas z ordynarnego do zjadliwego. Miał duży wachlarz tych wyrazów twarzy. Popatrzył na nią z kosa szczycąc się swoją fizyczną wyższością.
Ukłonił się nieśpiesznie i niechlujnie jak przystało na koczownika. Nadal trzymał swe kościste dłonie na karku.
Zrobił dwa nieśpieszne obroty wokół osi pokazując, że nie posiada żadnej broni. Mógł coś mieć pod brązową bluzą, ale dziewczyna wydawała się wystarczająco mądra, aby zrozumieć że przedmioty odbijają się na materiale robiąc wgniecenia i zmieniając materiał na nieregularny.
Ustał tak jak na początku, twarzą do niej. Oczy mu się zaszkliły, odbiły słabo smugi światła padające na jego wąsatą twarz.
Szybko złapał się kolan, ugiął się w biodrach. Dychał, sapał, kasłał. Uniósł niedbale otwartą dłoń, następnie odsunął twarz w bok.
Krew wyleciała z jego otworu gębowego, niczym balon napełniony wodą. Z połączeniu z podłogą rozerwał się pod naciskiem, wybuchł. Pozostała niemała kałuża krwi z przełyku rozrzucając zapach kwasu żołądkowego.
Zajęło to niecałe piętnaście sekund.
Spojrzał na nią ukradkiem, przekręcił upaprany łeb do niej. W świetle wyglądało to paskudniej, niż wydawało się samemu Benowi.
Tynk wstrząśnięty we włosy, zaplamione nogawki spodni - łatwe do domycia nawet zimną wodą - oraz sytuacja, która nastała teraz. Zakrwawione usta.
Wytarł je otwartą dłonią, następnie energicznie strząsł na poduszkę śpiwora.
Nadal pozostało kilka strug krwi na twarzy, lecz wyglądało to niefrasobliwie.
Taki był przebieg wydarzeń, a ona ma w to uwierzyć. Nie widział powodu, aby tak nie było.
Argumentacja tego, iż on dopiero co tutaj wskoczył byłaby absurdalna. Łatwa do uwierzenia, aczkolwiek nie odpowiadająca na jej pytanie. Może z czasem jej wytłumaczy. Po grymasie kobiecej twarzy pozwolił sobie przejąć dowodzenie w zaistniałym incydencie.
 
 
Kelly McCarthy



Wysłany: 2018-02-12, 15:35   
   Multikonta: Mistrz Gry, Cookie
[Cytuj]

W pudłach były ledwie nieprzydatne śmieci. Wszystko co wartościowe już dawno znalazło nowych właścicieli. Teraz też nie mogło być inaczej. Nic dziwnego, ze Ben nie odnalazł w pudle czegoś, co mogłoby być równowarte złotu.
Kelly patrzyła na chłopaka, mrużąc przy tym oczy. Co on do cholery odstawiał? Czuła się jak na tanim pokazie kiepskiego baletmistrza. W dodatku szumiało jej w uszach od tej przeklętej ciszy. Zadała mu przecież pytanie, a on nawet na nie nie odpowiedział. Jedynie obracał się w koło z dłońmi w górze, w kieszeniach, na karku, wszędzie. Balet zamienił się w kiepski pokaz breakdance'u.
- Zadałam ci pytanie. - warknęła nieco groźniej, kompletnie ignorując jego plucie jade... Krwią.
Był chory? Zmarszczyłą brwi, a na jej czole powstała maleńka bruzda. Jedną dłonią naciągnęła na usta swoją kolorową chustkę, aby uniknąć potencjalnego zarażenia. Antybiotyki były jej potrzebne i nie miała zamiaru ich marnować na własne choroby. Co to, to nie.
Odsunęła się o krok, później o drugi, nadeptując na powalone drzwi, które zgrzytnęły cicho, kolibiąc się na posadzce i ocierając rantem o podłogę. Drgnęła, a włosy na rękach stanęły jej dęba. Pewnie przypominała teraz oskubaną gęś, jednak on nie mógł tego zobaczyć.
Poprawiła zsuwajace się ramiączko plecaka, które opadało co chwila, doprowadzając ją do szaleństwa.
- Potrzebujesz pomocy? - kolejne pytanie, które odbiło się echem od ścian. Jeżeli i tym razem jej nie odpowie, zostawi go tutaj albo zwyczajnie zabije. Nie potrzebowała intruza na swoim terytorium, który teraz z łatwością mógłby ją wyśledzić.
Kłopoty. Wolała raczej ich unikać, a każdy psionik na jej drodze, który nie potrzebował pomocy równał się wpadnięciem w tarapaty.
Sprawnym ruchem schowała scyzoryk do małego pokrowca przymocowanego do szlufki spodni. Był to tylko obszyty kawałek materiału, bardzo prowizoryczne.
Nauczyła się robić coś z niczego, w końcu w kanałach nie było nic prócz lawiny gówna i smrodu...
 
 
Benjamin R. Lee


Wysłany: 2018-02-12, 16:28   
   Multikonta: Angus Wilde
[Cytuj]

Wyprostował się, z powagą słuchając jej donośnego głosu. Przekręcał głową, rozkosznie zapamiętywał jej bladą twarz. Bruzda na czole nie dawała, zdaniem Benjamina, ani krzty powagi na twarzy dziewczyny.
Zauważył, że kobieta nie zrozumiała aluzji, iż to on przyczynił się do ubrudzenia miejsca swoim dokuczliwym kaszlem
Podniósł brew, wyszczerzył nieudolnie zębiska. Wybałuszył oczy kiedy dziewczyna podciągnęła chustę ku ustom.
- Nie - powiedział stanowczo, robiąc krok do przodu. - Nie zarazisz się.
Odchrząknął po chwili od wypowiedzenia się. Na jego policzkach rozbudziły się mętne wypieki, zaś jego usta wykrzywiły się w zażenowany grymas.
Posiadał typowo nastoletni głos, jaki idealnie odwzorowywał jego fizjonomię. Nie budził postrachu, ni paniki - wręcz przeciwnie! Dawał kordialną atmosferę.
Zaznajamiał się z jej stylem chodzenia, analizował każdy moment wymiany gazowej zachodzący w jej niepozornych płucach.
Ben ordynarnie wzruszył ramionami, zgrzytnął zębami trzonowymi aż mu się niedobrze zrobiło. Znowu. Metal wydobył z siebie ostry, antypatyczny dźwięk odbijający się w uszach młodziana przez kilka dobrych sekund.
Plasnął bezdźwięcznie palcami o polik, mlasnął rozwlekle.
Ciche szczęknięcie. Schowała zręcznie scyzoryk, a to niezmiernie uszczęśliwiło gębę Benjamina.
Odwrócił się flegmatycznie od niej, schylił po karton. Mruknął coś pod nosem, bodajże przeklął ponieważ kości w łokciach otarły się o siebie tworząc głuchy zgrzyt. Trzymając karton czterdzieści centymetrów na trzydzieści na poziomie bioder, rzucił na nią porozumiewawczy wzrok zza ramienia.
Ordynarnie machnął głową, zachęcając do podejścia, nieznośnie marszcząc brwi. Po jego prawej leżał jeszcze jeden karton lekko naderwany.
Wielkim prawdopodobieństwem jest, ze wszystkich algorytmów, że poprzedni właściciel został zaatakowany przez bandę dzieciaków tygodnie temu, obrabowany, lecz nie miały wystarczająco siły bądź czasu aby przenieść pudła.
Co się stało z ciałem? Nie umarł, po prostu uciekł w cholerę. Tego postanowił się trzymać Benjamin. Nie miało to jednak znaczenia; nie sądzi aby taka grupa powróciła w zamierzeniu zaatakowania ich.
- Poprosiłbym - przełknął gęstą ślinę, okrążając wzrokiem pokój. - scyzoryk. Podzielę się.
Odwrócił się twarzą do niej unosząc w górę szczelnie zamknięte pudło. Nie widział rozsądniejszego rozwiązania.
Jeżeli dziewczyna nie przyjmie oferty i go zaatakuje; ma swoje moce w zanadrzu. Ma plecak, co będzie stanowczo ograniczać szybkość jej ruchów. Może ją także przewrócić na plecy, jeżeli będzie się domagać całego pudła.
W każdym przypadku młody brunet wychodził na plus, a chwilowe porozumienie się może mieć konsekwencje sojuszu czy może przypadkowej pomocy gdzieś na ulicy, jeżeli będą mieli ponowną styczność.
 
 
Kelly McCarthy



Wysłany: 2018-02-12, 17:37   
   Multikonta: Mistrz Gry, Cookie
[Cytuj]

Mistrz Gry/Kelly


Jak dla niej, krwi było zbyt wiele, aby wyjaśnieniem mógł okazać się zwykły krwawy kaszel. Ciekawe na co chorował... Nie była lekarzem, ani też nie znała się na medycynie, ale wolała dmuchać na zimne, więc nawet kiedy zaprotestowął, nie odkryła ust. Uważała, że jest zbyt młoda na śmierć i może jeszcze sporo zrobić.
- Nie mam pewności. - wydyszała przez materiał, który skutecznie utrudniał jej oddychanie. Chustka była czarna, przypominała arafatkę, jednak była ze znacznie grubszego materiału.
Starała się nie okazywać żadnych emocji, jednak kiepsko jej to wychodziło. Nie cofnęła się, kiedy się do niej zbliżył, a jedynie zacisnęła usta, jakby czekajac na jakiś atak z jego strony. Nic takiego jednak nie nastąpiło.
Wciąż nie mogła pojąć dlaczego właśnie plasnął się w twarz, ale postanowiła pozostawić to bez żadnego komentarza.
- Świetnie... - mruknęła bardziej do siebie niż do niego. Teraz jeszcze przyszło jej zadawać się z nienormalnymi. Miała tylko nadzieję, że chłopaczek nie jest pomarańczowy i nie słyszy jej myśli...
Nie zwróciła nawet wcześniej uwagi na karton, który znajdował się na podłodze, była zbyt zaabsorbowana jego obecnością w tym miejscu, ilością krwii i jego kszalem. Była zmęczona i nie myślała teraz zbyt racjonalnie ani szybko.
Zaryzykować, czy nie...
Z wyraźnym zawahaniem rzuciła w niego scyzorykiem, który zawisł w powietrzu tuż nad kartonem. Wolała zdradzić swój kolor, niż podchodzić do tego dziwnego chłopaka, co do którego miała ogromne wątpliwości. Jeżeli by ją zaatakował, odepchnęłaby go telekinezą, bądź wytworzyła w okół siebie tarczę.
Wszystko pod kontrolą, nie panikuj...
Z zaciekawieniem wyciągnęłą szyję, aby zobaczyć co uda mu się wygrzebać z pudełeczka.

- Słuchaj, to nie było dobre rozwiązanie. Gościu moze teraz na nas nasłać SSP i cały plan pójdzie w pizdu. Przecież kurwa tłumaczyłem ci, że jeżeli ktoś tu będzie, oddalamy się. Nie musiałeś go zabijać. - głos mężczyzny rozciął ciszę, która nastała w pomieszczeniu. Dochodził gdzieś z zewnątrz, stając się co raz głośniejszy i wyraźniejszy. Z całą pewnością ktoś się do nich zbliżał. I to nie sam...

Kelly zastygła w bezruchu, instynktownie kucając, jednak na tyle ostrożnie, aby drzwi nie poruszyły się pod jej stopami. Każdy hałas moze ich zdradzić. Telekineza. Tyle jej pozostało. Docisnęła drzwi do ziemi i powoli z nich zeszła, wciąż znajdując się jak najniżej. Podeszła do chłopaka, chwytając go za ramię tak mocno, że pewnie będzie miał w tym miejscu siny odcisk jej dłoni.
- Idziemy. - sapnęła, ciągnąc go za sobą.
Czy bez zabrał ze sobą pudełko? Czy ruszył za dziewczyną? A może uciekł?

/ zawartość pudełka - decyduje Ben za moją zgodą.
Nie musisz rzucać kośćmi, dopóki nie napiszę adnotacji w swoim poście.
 
 
Benjamin R. Lee


Wysłany: 2018-02-12, 19:45   
   Multikonta: Angus Wilde
[Cytuj]

Dostrzegł zniesmaczenie wywołane swoją osobą na twarzy rudowłosej. Przekręcił bałaganiarsko głową, widząc ruchy dłoni dziewczyny. Nie gardził tym, bardziej rozumiał.
W tym świecie trudno o sprawiedliwość czy prostoduszność u drugiego człowieka czy mutanta. Dając drugiej osobie broń, nawet łyżeczkę, stawia się swoje życie na włosku. Jeżeli jest się pomarańczowym dostaje się czarno na białym rozwiązania, algorytmy, konsekwencje czy nawet rzeczy, które trzeba zrobić, aby uniknąć poszczególnych działań, znając myśli osoby naprzeciw. Nie jest to ogólnikowe. Tylko co do relacji.
Benjamin miał taką przewagę nad osobami z grupy pomarańczowej, że mógł wyliczyć i asymilować się do warunków, poprzez szybką analizę mimiki twarzy oraz składni zdań. Jego wyczulone zmysły nie omijały ani jednego drgnięcia mięśni.
Scyzoryk szybował w powietrzu przecinając je ze świstem, nagle... ustał. Tuż przed pudełkiem w łapskach bruneta. Kościste palce wbijały się w ścianki kartonu wgniatając małe kawałki do środka.
Kąciki ust podniosły się nieznacznie, zmuszając skórę do skurczenia się w szczególnych miejscach. Przy oczach pojawiły się kurze łapki, zaś nochal zmarszczył się u nasady.
Schylił się delikatnie, odłożył pudełko na ziemię przed sobą. Chwilę popatrzył na to pudełko z góry. Podrapał się po nosie, zastanowił. Spojrzał ukradkiem na dziewczynę, to ponownie w tekturę pudła. Uchylił tors, palcem sięgnął wielościanu foremnego i przestawił o kilka milimetrów. Nie lubił nierówności, wszystko powinno być staranne jeżeli on to robi.
Sięgnął gorączkowo scyzoryk wiszący w powietrzu, z zamachem. Ukucnął przy równie leżącym, bądź stojącym, tekturowym prostokącie po czym sprawnie, z umiarkowanymi ruchami łokcia, wbijał głownię w bardzo ładnie zaklejoną szparkę pomiędzy dwoma ściankami. Dźwięk przebijanej błony tworzywa sztucznego odbijał się leniwie od ścian wśród nędznej ciszy.
Otworzył pośpiesznie pudło, które wydawało się być zaginionym skarbem pirackim. Scyzoryk upadł koło jego stóp. Zaciskając zębami dolną szczękę skupił się w stu procentach na zawartości. Grzebał, wyrzucał kawałki styropianu.
Wyprostował plecy z przykucnięcia i natychmiastowo zwrócił wzrok ku roztrzaskanemu oknu. Słuch wyłapał dalekie szmery, lecz zdrowa intuicja podpowiadała że to sprawka oziębłego wiatru. Przylizał się po całych wargach, wrócił jak najszybciej do penetracji ukochanego pudła.
Po krótszej chwili w jego bladych łapskach znajdowała się metalowa puszka z sardynkami w oleju rzepakowym. Przyjrzał się z każdej możliwej strony. Było nad wyraz czyste. Schował do wewnętrznej kieszeni kurtki zręcznym ruchem doświadczonego złodzieja.
Kolejno wyjął dwa bistorowe opakowania z lekami. W jednym był afobam, a w drugim tabletki z podziału: pochodne kwasu propionowego.
Wrzucił afobam do lewej kieszeni beżowych spodni, drugie do prawej tylnej. Uśmiechnął się sam do siebie.
Powędrował dłonią, lecz przerwał.
Głos rozbiegł się po magazynie jak rozwydrzony bachor po sali. Zauważył jak rudowłosa zastygła. Niczym kuna zwinęła się w kłębek i bezszelestnie poruszała się po pomieszczeniu.
Wyjął raptownie ostatnią rzecz z kartonu. Składany nóż taktyczny firmy „Reasoner“. Nie miał czasu, aby się przyjrzeć, mimo iż chciał.
Poczuł świdrujący ucisk na ramieniu. Zaskoczony, stłumił pisk swoimi wąskimi wargami, wyglądał przekomicznie. "Zapomniał" - zieloni nie zapominają, oni ignorują - o istnieniu rudej dziewczyny na dobre kilka minut, aczkolwiek sposób w jaki powróciła był spektakularny.
Posłusznie jak baranek, na kuckach, przykuśtykał, ciągnięty ordynarną siłą. Nie wydał żadnej fali dźwiękowej oprócz prędkiego tuptania butów po lepkiej powierzchni.
 
 
Kelly McCarthy



Wysłany: 2018-02-13, 15:49   
   Multikonta: Mistrz Gry, Cookie
[Cytuj]

Mistrz Gry/Kelly


Głosy stawały się co raz wyraźniejsze, choć dwaj mężczyźni nie rozmawiali o niczym ciekawym. Przepychali się słownie o to, kto tu zawinił. Jeden z nich uważał, ze nie trzeba było zabijać bezdomnego, drugi zaś twierdził, iż był do tego zmuszony, bo ten na pewno zawiadomiłby SSP. Przystanęli pod jednym z okien. Byli blisko. Kelly i Ben mogli zauważyć ich sylwetki. Przycupnęli na ramie okna, nie dbając o kawałeczki szkła, które mogłyby im się powbijać w siedzenie. Wgapieni w ulicę, nie zauważyli dwójki młodych, którzy właśnie się ewakuowali. Na razie.
Wystarczyłby drobny szelest, złe stąpnięcie albo potknięcie, a mogłoby się skończyć kiepsko. K. wiedziała, że jej moce nie są dzisiaj w pełni, a i ona czuła się raczej słabo. Jeden problem w postaci tegochłystka wystarczył jej na dziś.
Ostrożnie przesuwała stopy na kaflach, starajac się robić to jak najciszej, co jakiś czas zerkając na chuderlaka, który kroczył kaczym chodem za nią. Jej dłoń wciąż pozostawała zaciśnięta na jego chudym ramieniu, co jakiś czas zaciskając się mocniej, jakby chciała mieć pewność, że ma nad nim kontrolę.
Na końcu pomieszczenia stał szereg metalowych półek, które skutecznie ich zasłoniły. Dziewczę puściło jego ramię i wyprostowało nieco plecy.
- Znajdź sposób, żeby odwrócić ich uwagę, później biegnij i nie zatrzymuj się. - wyszeptała bezgłośnie, w nadziei, że ten zrozumiał co chciała mu powiedzieć. Miała teraz nadzieję, że ma kolor, który ułatwi im komunikację. Nie był czerwony. Wyczułaby podniesioną temperaturę ciała. Nie słyszał jej, więc nie był też pomarańczowy...
Boże daj, aby był zielony.
Wymruczała do siebie w myślach, powstrzymując się od przewrócenia oczami. Rozejrzała się za poszukiwaniem wyjścia. Jedynym okazało się być okno, przy którym stało dwóch mężczyzn, albo drzwi obok okna. Tak czy siak muszą coś wymyślić.
 
 
Benjamin R. Lee


Wysłany: 2018-02-13, 22:31   
   Multikonta: Angus Wilde
[Cytuj]

Brunet czuł intensywny, szczypiący ból w rzepkach kiedy szedł, wręcz kłusował skulony w kłębek.
Mimo kucnięcia, z łatwością można było zauważyć monstrualną różnicę pomiędzy niebieską, a zielonym. Był wysoki, wiotki, kruchy oraz bardziej osłabiony, niż dziewczyna - będąca karykaturą dorosłości i powagi - zaciskająca swoją łapkę na ramieniu chłopaka.
Słaba dłoń ściskała swe długie palce na jaskrawej czapce. Głowę trzymał nisko, aczkolwiek ręką wspomagał utrzymanie łepetyny w takiej pozycji. Uśmiechał się niezręcznie, gdy jaskrawe ślepia wbijały się na jego zasapaną twarz. Wbrew powagi sytuacji jego kąciki ust nie potrafiły pozostać w naturalnym ułożeniu.
Ich ruch nie należał do szybkich. Dziewczyna przed nim wolała zachować ostrożność. Z ociąganiem kiwnął głową, sugerując zrozumienie decyzji. Faktem jednak było to, iż tego nie zauważyła. Zajęła się obranym szlakiem, a nietuzinkowe odruchy mało ją mogły interesować w zaistniałej sytuacji.
Głód wiedzy zapanował nad jego myślami. Musiał zanalizować i zinterpretować aparycje tych dwóch delikwentów. Uniósł głowę na tyle, na ile było to rozsądne unieść.
Mocarne plecy po prawej stronie okna dawały gromki cień na lepkie kafelki. Na oko miał sto osiemdziesiąt centymetrów wzrostu. Patrząc na możliwości grupy zielonej, Benjamin wiedział, że nie jest to sto osiemdziesiąt, lecz sto osiemdziesiąt trzy i trzy czwarte. W skromnym zaokrągleniu to sto osiemdziesiąt pięć.
Ledwo powstrzymał się od dziewczęcego, infantylnego chichotu.
Kędzierzawe, orzechowe włosy mieniły się w wyblakłych promieniach zimowego słońca. Kudły falowały niczym rozwścieczone oraz okropnie maziowate macki ośmiornicy. Były zadziwiająco tłuste, jednakże fanaberią jest prawdziwie się zadziwić taką czupryną w zastałej, szalonej epoce groteskowości.
Mężczyzna zwrócił łeb ku swojemu kompanowi, chciał podyskutować o konszachtach. Wystarczyło pięćset milisekund, które odpowiadają na przykład nucie ósemce, aby zapamiętać profil krzepkiego faceta. Wklęsłe, wychudzone policzki mocno kontrastowały z perkatym nosem. Przymrużone oczy Benjamina dały wystarczająco danych do mózgu, aby mógł spokojnie stwierdzić obecność atrofii. Ciemne, przysłowiowe, worki pod oczami podały informację o wymęczeniu, ewentualnie o nieprzespanej nocy. Miał pod dostatkiem komunikatów o zdrowiu fizycznym mężczyzny z szerokimi barkami, i to w trzy sekundy oraz jedną trzecią!
Ucisk na ramieniu wyrwał go z potoku refleksji, tudzież konkluzji. Szparkim krokiem, czy chciał czy nie, podążył za rudowłosą. Naliczywszy czternaście kroków, zawsze liczył aby uporządkować chaotyczne mądrości, skręcił żwawo w prawo tuż za cieniem dziewczyny. Dłoń poluźniła się na jego ramieniu, wszak ciągnąc za sobą.
Nie protestował. Nie chciał. Jego bojaźliwy grymas dał wskazówki co do jego odczuć.
Raz światło, raz zmrok, raz światło, raz zmrok. Truchtali na kuckach za gargantuicznymi, metalicznymi półkami. Większość z nich była niezajęta. Panicznie wyglądał pomiędzy sześcianami, żeby mieć możliwość rozszyfrowania stanu fizycznego niższego chłopaka. Niepowodzenie.
Ugryzł się w język zakłócając narastającą panikę. Pasemka potu odbijały się wyraźnie na brązowych kosmykach wystających spod zdeformowanej czapki. Niezręczny uśmiech nadal witał na twarzy, w próbie zamazania niepokoju. Ślepia jednak zdradzą wszystko. Nieważne kim jesteś; oprócz oczywiście osób cierpiących na aleksytymię.
Byli w lewym górnym kącie prostym prostokątnego pokoju. Nie zwracał zbytniej uwagi na dziewczynę obok, która puściła jego ramię. Wbił wzrok w roztrzęsione, blade dłonie. Szczególną uwagę skupił na szramie prawej dłoni; dawała ona kojące poczucie symetryczności idąc na ukos. Ładna, enigmatyczna przekątna.
Kątem oka zauważył nieznajomą, prostującą swój kręgosłup. Zrobił to samo, lecz szybko tego pożałował. Gwałtowny skurcz w pachwinie zmusił go do ponownego skulenia. Odchylił czerwoną twarz do tyłu w potrzebie zaczerpnięcia chociaż odrobiny tlenu. Bezdźwięcznie uderzył potylicą o brudną ścianę.
Uderzenie otrząsnęło bruneta z chwilowego szoku. Sapał, powstrzymywał się od kaszlu łapiąc kurczowo grdykę. Oddechu jednak nie uspokoił.
Natarczywe myśli powodowały biały szum w rozgrzanych uszach. Nie bacząc na irytujący, piskliwy dźwięk, wsłuchiwał się z natężeniem w słowa zielonookiej. W odpowiedzi zmarszczył brwi, nic więcej.
Dziewczyna wychyliła się zza półki, wyraźnie szukała wyjścia. Wentylacja definitywnie była za mała.
Zwiększone możliwości probabilistyczne, wyczulenie. To w jego perfidnych łapskach zależał los, nie tylko jego, ale i bezimiennej dziewoi.
Czas (a bardziej perspektywa czasu) natychmiastowo zwolnił. Widział każdy skrawek kurzu, który miał czelność unosić się w powietrzu. Każdy mokry rudy włos przylepiony do lewego polika rozglądającej się niebieskiej. Każde jej wymęczone sapnięcie. Czuł każdy elektryczny impuls spod czaszki, przeskoki w atmosferze.
Dobrze, tutaj trochę przesadził. Nie czuł ich, ale był święcie przekonany, iż potrafi poczuć przeskoki elektronów.
Poznawał swoje limity, przekraczał je.
"Gdyby bramy percepcji zostały otwarte, wszystko ujawniłoby się człowiekowi takim, jakim jest – nieskończonym". Słynne słowa Williama Blake’a. Wyobrazić sobie, że jest teraz, w tym momencie, grupa ludzi potrafiąca nagiąć ludzkie limity i otworzyć - tak dawno wspomnianą - bramę percepcji.
Błogi stan ciała, umysłu, materii. Rozszerzył swe usta, a dolna warga ukazała swe wędzidełko. Szybki oddech nie ustawał, uśmiech nie uciekał. Mogło to ukazać ekstrawagancję oraz personalne dyrdymały psychologiczne Benjamina.
Wieczność dla pana Lee, sekundy dla niepoznanej pani.
Złapał ją niespodziewanie za brodę; ścisnąwszy lekko nakierował na swoją twarz.
- Posiadam możliwość pocałowania ciebie - mruknął obojętnie. - aczkolwiek to nie jest film.
Uśmiechnął się idyllicznie. Takie słowa na pewno skupiły jej uwagę. Brak powagi w poważnych momentach śmieszy, bądź przeraża. Przekaz niewerbalny jest zdecydowanie ważniejszy od słów: gestykulacja, mimika, zachowanie, postawa, ruchy ciała, ton głosu, wzrok, to, czy ktoś się poci - to wszystko mówi o każdym więcej, niż każdemu się wydaje. Dziewczyna powinna odczuć ironię i miał szczerą nadzieję, że odczuła.
Sielankowy uśmiech przemienił się na złość, poirytowanie oraz dominującą zuchwałość. Krew pulsowała a to w górę, a to w dół. Tętnica na szyi uwydatniła się. Podniósł nieśpiesznie brew, pochylił głowę, aby musnąć swym wilgotnym czołem jej czoła. Jego końcówki włosów łączyły się z kobiecą czupryną naprzeciwko. Przysunął swe wargi do małego ucha stykając się polikami.
- Nie, to ty mnie posłuchaj - zaczął stanowczo swój cichy żargot - Jest pięć regałów ze stali węglowej. Trzeci od naszej pozycji jest w prawie pusty. Mówiąc prawie, mam na myśli sześć ósmych. Nie mamy za dużo czasu, aczkolwiek moim skromnym zdaniem te zasoby są wystarczające. Ja, korzystając z odwrotnej proporcjonalności adrenaliny i noradrenaliny, na pewno zwiększę swoją siłę w - dłoń na brodzie zaczęła się trząść, a słowa wydawały się być pozbawione kerningu. - niezbadany jeszcze mi sposób. Przesunę fertycznie ten trzeci regał, który jest równoległy do rozbitego okna. Pomożesz mi swoją telekinezą. Kiedy zacznę krzyczeć skupisz swoje impulsy materii na ostatnią półkę regału. Powinien się przewrócić, uderzy swoim bokiem w jednego z mężczyzn. Będziemy mieć kilka sekund ze względu na wywołany szok. Wybiegniemy drzwiami, będę cię osłaniał. Nie, nie robię z siebie greckiego herosa. Mogę rzec, że nawet składam ze swojej osoby ofiarę. Wracając, nie zdążą za nami, jeżeli porządnie zagospodarujemy czasem. Jeżeli będziemy się ociągać - możemy zostać niemiłosiernie zranieni.
Puścił brodę, odsunął twarz z jej polika, a strzępki włosów spod pomidorowej czapki ckliwie połaskotały jej skroń. Sam się wzdrygnął. Oddech wcale się nie spowolnił, serce łomotało. Nastąpiła nagła wymiana pomiędzy hormonami. Nie tylko wymieniona adrenalina i noradrenalina, lecz także kortyzol. Serce łomotało do rozpuku; nie dziwił się, gdyby rudowłosa usłyszała pompowanie krwi.
Dwieście procent, niekontrolowanie dwieście procent. Gdyby myślał teraz racjonalnie, podziwiałby jak długo ten stan próbował zasiąść w jego organizmie. Od przyglądania się szramie na dłoni, aż do teraz. Długo jak na zielonego. Bardzo długo.
Nie czekając na odpowiedź, kilkoma susami dopadł trzeci regał. Nie starał się być specjalnie dyskretnym, bądź cholernie głośnym. Robił to, co powiedział.
Walnął barkiem o metalową ściankę. Ogłuszający pisk rozległ się po pomieszczeniu, może dalej. Z bezgraniczną siłą, dzikim spojrzeniem jakie było niedopasowane do postury młodzieńca, ile tchu, ile siły z rozmachem przesuwał pusty regał. Nawet nie rozglądał się na boki.
Naciskał całymi plecami, rozszerzył ramiona, zacisnął zęby zgrzytając nimi.
- Teraz do cholery - skrzeczał jak rozzłoszczona papuga. - Teraz mówię, TERAZ!
Va Banque.
 
 
Kelly McCarthy



Wysłany: 2018-02-15, 18:24   
   Multikonta: Mistrz Gry, Cookie
[Cytuj]

Pozostawała ukryta za regałem, wlepiajac w niego wyczekujące spojrzenie. Był facetem, prawda? Co prawda według jej oceny, był on raczej kiepskiej jakości, ale zawsze.
Zwykle podchodziła krytycznie do nowych osób, chyba życie na uboczu ją tego nauczyło. Nie wierzyć, nie ufać, doceniać tylko mocne strony.
Poczekała na jakiś jego ruch, delikatnie rozluźniajac uścisk dłoni na jego ramieniu. Dopiero teraz przypomniała sobie o Lou, która stała nieopodal na czatach. Do kurwy, miała zagwizdać, kiedy cos zauważy, gdzie była teraz? Przydałoby się pociskać trochę ogniem w tych intruzów. Choć, gdyby była nieostrożna, mogłaby przecież spalić cały market, a tego nie chciała. Wbrew pozorom było tutaj jesczze kilka przydatnych rzeczy... Cóż, każde wyjście z obcnej sytuacji nie było dobre. Po za tym, jaką mieli pweność, że tych dwóch chciałoby im zrobić krzywdę?
W małej rudej głowie narodziły się wątpliwości. Starała się je zignorować, zagryzając dolną wargę, dopóki nie poczuła bólu.
Ból skutecznie odrywa od natarczywych myśli, które dobijają się do łba z każdej strony.
Trwała na kuckach przez kilka sekund, może minutę. Czas przestał płynąć, zupełnie jakby stanął w miejscu, aby za chwilę szaleńczo pędzić. Właśnie te kilka sekund w bezruchu zdawało się być dla niej godziną, a chwilę później kiedy poczuła zimne dłoń na swojej twarzy, wyrwał się w szaleńczy pęd. Nie zdążyła nawet zareagować, kiedy ten obcy ktoś ją dotykał i coś do niej mówił. Jej umysł był teraz zamknięty przez wywołane zaskoczenie, które malowało się na jej anemicznie bladej twarzy. Co właśnie do niej powiedział?
Średnio mogła się skoncentrować. Nie przywykła do dotyku. Dotyku, który nie należał do Lou albo Hazel. Wzdrygnęła się.
Pocałowania. - o czym on do chuja mówił? Pewnie by się odsunęła, gdyby tylko miała gdzie. Nie chciała też narobić zbędnego hałasu, przez swoje widzimisię. A może taki był w tym cel?
Żeby skutecznie odwrócić jej uwagę?
Pokiwała lekko głową, nie odzywajac się jednak, a jej usta wciąż pozostawały w uścisku zębów.
Jeżeli tak miało być, niech więc będzie.
Sunęła wzrokiem za jego sylwetką, kiedy naparł na jeden z regałów i uniosła dłoń, jakby to miało pomóc skoncentrować moc na jednym z przedmiotów.
No dalej, przecież wiem, że potrafisz.
Regał zaskrzypiał żałośnie. Był ciężki, Ben w pojedynkę nie mógł nic z nim zrobić. Jednak nagle runął jak długi, a ona ze świstem zaciągnęła powietrze do płuc. Czuła łaskotanie pod nosem i doskonale wiedziała co się właśnie wydarzyło. Regał nie przewrócił się dokładnie tam gdzie chcieli. Narobił sporo hałasu, jednak jednym z boków drasnął plecy chłystka przy oknie, spychajac go z niego i zmuszajac do wysunięcia obu dłoni przed siebie. Upadł.
Drugi odwrócił się i mogli zobaczyć jak iskierki w jego dłoniach tańczą radośnie. Żółty.
Rozejrzał się po pomieszczeniu w panice, szukając sprawców zamieszania. Kelly nie myśląc za wiele, ruszyła za Benem, o ile ten w ogóle się poruszył i nie upadł w międzyczasie. Opierał się w końcu o półkę, która nagle zniknęła spod jego pleców. Nie wiedziała czego mogła się po nim spodziewać. Wyglądał na mądrego, ale zarazem mało sprawnego fizycznie.
Żółty dotknął jednej z półek. Mogli usłyszeć charaktreystyczny dźwięk wyładowania elektrycznego. Zupełnie jakby on sam kopnął się prądem, ale Kelly obstawiała raczej, że naelektryzował przedmiot w nadziei, iż sprawcy jeszcze go dotykają.
Zwinnie przeskoczył przez okno, nie ratując krwawiącego kolegi i ruszył za nimi w pościg.
- Zmywamy się. - sapnęła, znów łapiąc Bena za ramię i ciągnąc go w stronę drzwi. Musięli go minąć, jeżeli chcieli się stąd wydostać.
 
 
Lounarie de Coudray



Wysłany: 2018-02-15, 18:38   
   Multikonta: Ceridwen
   GG/DC: 7123822/Lama#9514
   Mów mi: Lama
[Cytuj]

Stała po drugiej stronie budynku i czekała na czatach, aż Kelly raczy wrócić z łupami, ale coś jej długo schodziło. Przenosiła się z nogi na nogę zniecierpliwiona, aż ją w końcu szlag trafił przez to czekanie i ruszyła powoli do budynku. Coś się musiało stać, że ruda jeszcze nie wyszła, a skoro coś się stało, to musiała pójść i też władować się w to gówno. Powoli zakradała się do frontowego wejścia do sklepu, kiedy usłyszała krzyki jakiegoś chłopaczka, albo papugi. Nie mogła mieć pewności, skoro jeszcze nic nie widziała, ale samo to, że to nie był głos jej przyjaciółki podziałało na nią jak kopnięcie prądem i zaraz przyśpieszyła, żeby stanąć w progu i rozejrzeć się, co tu się do jasnej anielki wyprawia. Ktoś wypadł przez okno, co tylko dało jej kopa i już ruszyła biegiem wyciągając swoje krótkie nóżki byle szybciej znaleźć przyjaciółkę. Żółty elektryzujący jakąś półkę i Kelly, która ruszyła biegiem do niej, a za nią chciał rzucić się żółty. Cóż, nie bardzo wiedziała, jak Kelly planuje minąć żółtego, ale jako że kumpel po prawej jakoś jej nie napawał jej optymizmem to zaraz odwróciła się do nich i rzuciła w jego okolice kulę ognia.
- Przepuść rudą, a ta dziura nie spłonie razem z tobą. - Fuknęła nabuzowana tworząc kolejną kulę nad dłonią i czekając na reakcję żółtego. Gdyby tylko ruszył ręką w jej stronę, zamierzała skoczyć w tył, na zewnątrz. Wyrzucała sobie jeszcze, że nie zauważyła wcześniej tych chłopaków. Nawaliła i teraz musiała jakoś tę sytuację rozplątać.
 
 
Benjamin R. Lee


Wysłany: 2018-02-15, 20:36   
   Multikonta: Angus Wilde
[Cytuj]

Skinął głową w dół z pochmurnym uśmiechem. W krtani Benjamina wezbrała się czarna żółć, kwaśna i gorzka, i przelała się przez mocno zaciśnięte zęby.
Uderzenie było makabrycznie rozdzierające, jednakże nadmiar adrenaliny uśmierzył ból. Jednym susem, poślizgnąwszy się o bordową maź, pognał ramieniem prosto na porysowane kafelki. Odruchowo odwrócił się ku regałowi. Upadł z hukiem. Krzywo, jakby na złość, ale upadł. Krzyk rozwiał jego wątpliwości - metalowy regał uderzył w delikwenta.
Wśród całego zamętu przekleństwo nie stanowiło żadnej dyferencji. Czapka częściowo zsunęła się na jego piwne ślepia. Rozszalałe, spłoszone ślepia.
Podnosząc swój tors na żylastych, ubrudzonych, pulsujących łapskach zauważył małą rąsię. Tę rąsię, która przed chwilą tak intensywnie ściskała jego ramię. Szybko spojrzał na wewnętrzną stronę własnej graby. Szrama, jakiej się ponownie przyglądał, była wypełniona wszelakim brudem. Plasnął ją na podłogę w potrzebie najszybszego wzniesienia własnego ciężaru. Wstał zwinnie, acz niezgrabnie, chwiał się przez dłuższą chwilę.
Stał jak słup, z lekka oszołomiony. Serce chciało się wybić z klatki piersiowej.
Zacisnąwszy palce na czapce zgiął się w pasie. Chorobliwa fala dźwiękowa uderzyła w jego czaszkę paraliżująco rozprzestrzeniając się po całym organizmie.
Rozbrzmiał donośny zgrzyt zębów, który tak idealnie wpasował się w tę kakofonię. Nadwrażliwy słuch wyłapał każdą tworzącą się iskrę, każdy puls; naelektryzowanie ciała niebieskiego, bądź przewodzenie prądu. Pod presją dźwięku nie mógł rozróżnić tego od tamtego.
Zlał się zimnym potem, koszula przy szyi odznaczyła się wilgocią. Od żółci oraz wspomnianego potu.
Żółty typ. Nie wiedział jednak, który to. Wyższy, ten z specyficznym nosem czy ten niższy? - nic, a nic.
Mógłby rzucić się z motyką na słońce, zaatakować bezimiennego pod wpływem znacznego wzrostu siły fizycznej - dwieście procent - aczkolwiek resztki zdrowego rozsądku nakazały mu ustąpić tej czynności. Koleś ma możliwość naelektryzowania dwóch ciał ładunkami różnoimiennymi i zmiażdżyć cokolwiek co będzie się znajdowało pomiędzy metalowymi regałami. Są z metalu węglowego, idealny przewodnik prądu. Toć one mają kawałki miedzy w sobie, na sobie... nie wiedział.
Gdyby kora przedczołowa (odpowiadająca między innymi za planowanie ruchów, przewidywanie konsekwencji i hamowanie reakcji emocjonalnych) była mechanizmem można by było wtedy rzec, iż ta pod szkieletem Benjamina absolutnie się przegrzała. Potrzebowała chwili odpoczynku, a moment jaki został wybrany do regeneracji nie należał do fenomenalnych. Przez ten incydent możliwości probabilistyczne wyskoczyły poza zasięg.
Łapka zacisnęła się na jego kości ramiennej. Mięśnie były spięte, twarde niczym kamień. Drżały. Potulnie jak baranek rachitycznie podążył za dziewczyną.
Mimo swego stanu, był zdolny do postawienia się dziewczynie, do kontrargumentów, do walki z żółtym, lecz wolał zdać się na zdecydowane podejście rudowłosej.
Przebiegli przez obalone drzwi. Z kontrastującą do jego postury siłą przesunął dziewkę za siebie od strony okna. Biegli ramię w ramię. Osłonił ją ciałem, zaś ona nadal prowadziła. Nie rzucał słów na wiatr; jak mówił, tak i zrobił.
Kątem oka zauważył jakąś inną aparycję. Słyszał jak się awanturuje, bądź wydaje komendę. Widząc to, natychmiastowo zareagował:
- To nielogiczne! Stwórz ścianę ognia, podpal to - głos się załamywał pomiędzy sapnięciami. - Ten szajs przewodzi prąd!
Pośpiesznie przeszył dłonią powietrze. Było to konieczne. Bariera magnetyczna, bądź cokolwiek zrobił, należała do planu. Pochłonie cząsteczki, cokolwiek! Jego stan myślowy był niezdatny na chwilę obecną. Informacje były niewystarczalne, aby wytłumaczyć zdolności obronne zielonych. Nie obroni całkowicie, ni Bena, ni białogłowej obok, ni... kolejnej dziewczyny.
 
 
Kelly McCarthy



Wysłany: 2018-02-17, 15:04   
   Multikonta: Mistrz Gry, Cookie
[Cytuj]

Kiedy usłyszała głos Lou, wypuściła głośno powietrze z płuc z wyraźną ulgą. Cieszyła się, że nic jej nie jest, ale nie tylko to było powodem do radości. Czerwony u boku potrafił być okrutnie przydatny. W dodatku uwielbiała tą rudą istotkę i nie chciała, aby cokolwiek jej się stało podczas gdy ona nie miała nawet chwili, by o niej pomyśleć. Słowa docierały do niej z opóźnieniem. Ogień? Nie. Było tutaj zbyt wiele przydatnych rzeczy, aby puścić to wszystko z dymem tylko dlatego, że wszyscy znaleźli się tutaj o niewłaściwym czasie.
- Nie. - sapnęła w kierunku Lou, dobiegając już do drzwi.
Żółty uniósł dłonie, jakby w geście obronnym, że nie zrobi im krzywdy. Zacmokał, kręcąc głową i powoli stawiał krok za krokiem w ich kierunku. Zatrzymał się dopiero, kiedy jego stopa dotknęła powalonych na ziemię drzwi. Chłopak wyglądał na pewnego siebie. Do ust miał przyklejony cwany uśmiech, jakby wcale nie bał się tej trójki słabych dzieciaków.
Coś zaiskrzyło. Dźwięk dochodził jakby ze ściany, a sekundę później zraszacze aktywował się. Było zimno, w dodatku teraz każdy z nich był mokry. System przeciwpożarowy dawał radę, bo już w kilka sekund każde z nich było przemoczone do suchej nitki, a na podłosze tworzyły się kałuże.
- Ups... - mężczyzna uśmiechnął się przepraszająco, choć z widoczną ironią.
Kula ognia w dłoni Lou nieco przygasła od wody która lała się zewsząd. Jak powszechnie wiadomo, ogień niekoniecznie lubi wodę. Stali naprzeciw siebie w milczeniu, a każde patrzyło na siebie, jakby czekało na kolejny ruch przeciwnika.

/pominęłam trochę swoją postać. Tak to bywa będąc mg i postacią w jednym wątku. :no:
 
 
Lounarie de Coudray



Wysłany: 2018-02-19, 19:00   
   Multikonta: Ceridwen
   GG/DC: 7123822/Lama#9514
   Mów mi: Lama
[Cytuj]

Kelly sapnęła nie, a koleś, którego za sobą ciągnęła wrzeszczał coś o tym, żeby od razu spalić te budę. A ona przecież blefowała. Wiedziała jakie to miejsce jest ważne dla nich i nie miała zamiaru go puszczać z dymem, ale żółty kolega przecież o tym nie wiedział. Kiedy Kelly z nowym kolegą przebiegli obok niej, ona już zaczęła powoli iść tyłam do drzwi. Wolała nie spuszczać z oczu chłopaka, któremu przed chwilą groziła i w sumie miała w tym rację. Ruszył w jej stronę, ale zbytnio się tym nie przejęła, skoro właśnie wychodziła. Gorzej, że coś mu strzeliło do pustego łba, żeby w środku zimy uruchomić zraszacze. Nie ma co, geniusz, zamarznie w kilka minut, chyba że jego kumpel z zewnątrz też był czerwony. Przeklinała się w duchu, że nie wzięła pod uwagę tej przeklętej wody. Wzruszyła ramionami i zgasiła całkiem kulę ognia, bo użycie jej byłoby bezsensowne, nawet nie doleci do koleżki. Patrzyła na chłopaka oczekując kolejnego jego ruchu, zaś sama dalej szła za Kelly, a przynajmniej miała nadzieję, że idzie za nią, bo dalej szła tyłem. Nie miała zamiaru odwracać się do żółtego plecami, tym bardziej, że już i tak miał zbyt dużą przewagę. No i nie bardzo miała co zrobić w tej sytuacji, musiała raczej wycofać się i wysuszyć Kelly i pewnie tego jej kumpla bez jaj.
 
 
Kelly McCarthy



Wysłany: 2018-02-25, 17:35   
   Multikonta: Mistrz Gry, Cookie
[Cytuj]

Mistrz Gry

Gdzieś w międzyczasie puściła dłoń Bena, który został kilka kroków za nią. Modliła się, żeby wyjść z wody, która zbierała się na podłodze. Doskonale wiedziała, że żółty planuje ich tutaj zwyczajnie usmażyć. Zerknęła przez ramię, ale tylko na moment, bo nie wystarczyło czasu. Chwyciła Lou za łokieć i zaczęła biec w stronę drzwi, zwyczajnie zostawiajac Bena za plecami. Chciał ich powstrzymać, ale z marnym skutkiem. Kiedy dziewczyny wybiegły już za drzwi, mogły poczuć swąd palonego ciała i głuchy krzyk. Kelly zacisnęła zęby, przystając na moment.
- Już mu nie pomożemy. - wysapała pomiędzy dyszeniem. Musiały uciekać i udało im się to. Całą drogę biegła, ciągnąć swoją rudą prawie-siostrę za sobą. Nie odzywała się ani słowem, dopóki nie dobiegły do kanałów.
- Jutro tam wrócimy, pochowamy go jak należy. - odsunęła właz, przepuszczajac Lou pierwszą.

/ztx2
 
 
Amy Johnson


Wysłany: 2018-03-04, 01:28   
   Multikonta: James, Leen
[Cytuj]

Samotne podróżowanie miało też swoje wady. Nie, zaraz, chwila. Samotne podróżowanie zasadniczo miało TYLKO wady.
Po pierwsze, doskwierało jej zmęczenie. Ostatnio się nie wysypiała. Bała się. Ciemność i samotność sprawiały, że każdy dźwięk budził ją ze snu, budziła się więc kilkanaście razy w ciągu nocy. Tak delikatny sen, cały czas zaburzany, nie był wystarczająco dobry, by zaspokoić całkowicie potrzeby jej organizmu. Wyglądało na to, że zwyczajnie nie potrafiła spać w samotności. Potrzebowała towarzystwa jakiejś osoby. Z początku myślała, że jest w stanie to przeboleć i przyzwyczaić się do nowych warunków, ale wyglądało na to, że jest to poza jej możliwościami psychicznymi.
Po drugie, doskwierał jej głód. Zdobywanie pożywienia okazało się być bowiem trudniejsze niż zapamiętała. Była kilka razy ze znajomymi, by zdobyć jakiś prowiant, ale zazwyczaj to oni nawigowali, a ona ewentualnie czasem coś przepalała czy podgrzewała. Teraz próbowała sobie przypomnieć, jak oni to właściwie robili, że zawsze znajdowali coś do żarcia. Niestety, nic konkretnego nie przyszło jej do głowy. Pluła sobie w brodę, że wtedy nie zwracała większej uwagi na to co działo się wokół niej. Zawsze była taka lekkomyślna, nie próbując myśleć o przyszłości. Obiecała sobie w duchu, że od teraz będzie zwracać większą uwagę na otoczenie.
Oczywiście, zapomniała o tym jakieś dwie minuty później.
Po kilku sekundach wgapiania się w odległy budynek zniszczonego marketu, pod blond czupryną coś wreszcie zaskoczyło. W końcu w markecie z pewnością sprzedawano jedzenie. Wystarczy tam wejść, wziąć coś do żarcia i wyjść. To było takie proste! Przecież zawsze się udawało!
Oczywiście, myśl, że całe żarcie może być już zabrane a w środku roić się może od ludzi nieprzychylnie do niej nastawionych, była już poza zasięgiem jej móżdżku. W końcu kiedyś wraz z poprzednią grupą często wpadali do opuszczonych marketów po prowiant. Co z tego, że wtedy przygotowali się do takiego wypadu dłuższy czas, dokładnie sprawdzając czy jest bezpiecznie, oraz czy w ogóle warto ryzykować.
Nie starając się specjalnie ukrywać czy czaić, podeszła do budynku i zajrzała do środka przez jedno z okien z wybitą szybą. Nie zauważyła nikogo, nie usłyszała też żadnych dźwięków. Uznając, że w takim razie nikogo tam nie ma, wskoczyła do środka przez to samo okno. Szybką wyliczanką zdecydowała się na kierunek, który należało obrać, po czym ruszyła przed siebie, nucąc coś pod nosem.
 
 
Summer Dawson


Wysłany: 2018-03-09, 18:22   
   Multikonta: Oscar, June, Tate, MG
   GG/DC: ziemniak#8395
[Cytuj]

MG

Jeśli Amy liczyła na to, że uda jej się znaleźć cokolwiek zdatnego do jedzenia, gorzko się myliła. Na półkach sklepowych oprócz sporej warstwy kurzu i kilku zaschnietych plam krwi, nie znajdowało się nic innego. Paradoksalnie, większości kradzieży dokonali mieszkańcy pobliskiego miasteczka, którzy w wyniku kryzysu, stracili niemal wszystko. Cóż, nie tylko PSI walczyli o przetrwanie.
Amy przeszła obok działu z napojami - rzędu starych, pustych lodówek z powybijanymi szybami. Wszystkie wyglądały na zepsute, oprócz jednej, stojącej na samym końcu alejki. Mrugała żółtym światłem, co kilka minut wydając z siebie nieprzyjemne buczenie. Dalej, za działem z napojami, znajdował się kolejny rząd szafek. Kilka pomiętych opakowań po batonikach mogło świadczyć o tym, że niegdyś znajdowały się tu słodycze. W razie gdyby był to niewystarczający dowód, na jednej z półek, ostał się zaplamiony krwią, stary plakat mlecznej czekolady.
Na samym końcu alejki, znajdował się śpiwór i stary plecak, z którego wystawała butelka wody. Kawałek dalej, leżała też mapa i kilka zakrwawionych bandaży. Wokół całego obozowiska, Amy mogła dostrzec plamy krwi, wymieszane z błotem. Wyglądały na całkiem świeże i prowadziły do drzwi, prawdopodobnie na zaplecze.
_________________
 
 
Amy Johnson


Wysłany: 2018-03-10, 19:12   
   Multikonta: James, Leen
[Cytuj]

Przechadzała się pomiędzy pustymi półkami, szukając czegokolwiek oprócz kurzu i śmieci. Wyobrażała sobie, jak to miejsce wyglądało przed epidemią. Zapewne było tu pełno różnorakich produktów, a także mnóstwo ciekawych ludzi. Teraz było tu cicho i pusto.
Zrobiło się jej przykro. Nie dlatego, że nic jeszcze nie znalazła. Było jej po prostu żal tego opuszczonego, niegdyś radosnego miejsca. Ton nuconej przez nią piosenki zrobił się bardziej posępny, oddając jej obecny nastrój.
Rozglądała się uważnie, szukając na półkach czegokolwiek, oprócz śmieci i kurzu. Głód doskwierał jej coraz bardziej, więc w tym momencie zjadłaby chyba wszystko. No, o ile do zjedzenia by się nadawało, bo nie miała ochoty pałaszować tu papierków po batonikach.
No i w końcu dotarła do końca alejki, gdzie najwidoczniej znajdował się czyjś obóz. Dopiero wtedy zamilkła, prawdopodobnie kończąc nuconą piosenkę i kucnęła przy bandażach. Widocznie był tu ktoś ranny, prawdopodobnie dość mocno, o czym świadczyły dość obfite plamy krwi. Podniosła się z ziemi i spojrzała na drzwi, prowadzące prawdopodobnie na zaplecze. -Przepraszam?! - Zawołała dość głośno, jakby nie zdając sobie sprawy z niebezpieczeństwa. Powoli skierowała swoje kroki w tamtą stronę. -Jest tu ktoś? Wszystko w porządku? - Zapytała jeszcze, tym razem trochę ciszej. Zdecydowanie brakowało jej instynktu samozachowawczego.
 
 
Lounarie de Coudray



Wysłany: 2018-03-10, 20:40   
   Multikonta: Ceridwen
   GG/DC: 7123822/Lama#9514
   Mów mi: Lama
[Cytuj]

Ponownie zmierzała do marketu. Kilka dni temu razem z Kelly pochowały Bena, który nieszczęśliwie zginął w tym markecie. Chłopak miał niezłego pecha, ale była zdania, że lepiej nieznajomy niż Kelly albo ona sama. Przez 7 lat na wolności w tym brutalnym świecie nauczyła się, że najpierw myśli się o sobie i swojej grupie, jeśli taką się ma, a dopiero później o innych. Jej i Kelly brakowało kilku rzeczy, więc przyszła sprawdzić, czy znajdzie coś tutaj, czy jednak muszą poszukać innego miejsca, gdzie mogłyby się zaopatrywać w część rzeczy. Ostrożnie zakradła się do marketu i najpierw zerknęła przez wybite okna, czy ktoś jest w środku. Póki co nikt nie rzucał jej siew oczy, chociaż słyszała nucenie. Ktoś miał bardzo skrzywiony instynkt samozachowawczy. Zakradła się do wnętrza tylko dlatego, że zaciekawiło ją, kto jest w środku. Normalnie w takiej sytuacji pewnie olałaby market i przyszła tu innego dnia, ale i tak nie miała co robić, a była zdania, że jesli zachowa ostrożność, to da radę się ulotnić zanim zrobi się za gorąco. Co w jej przypadku nie mogło się zdarzyć dosłownie, w końcu mogłaby siedzieć w środku ogniska i nic by jej nie było. Przekradła się chyłkiem między półkami bliżej źródła dźwięku. Słysząc nagłe pytanie zatrzymała się schowana za półką. Cholera, słyszała jak idzie, czy co? Była ostrożna, więc to chyba nie o nią tu chodziło, więc o kogo? Ostrożnie wyglądała zza półki chcąc póki co wybadać sytuację.
 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
[ ODPOWIEDZ ]
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  


Forum zostało otwarte 15.08.2016r. || Forum zostało ponownie otwarte 10.02.2018r.
Właścicielem kodu nagłówka oraz ogłoszenia jest Spenny, a kod dopasowała Kelly z pomocą Leen. Grafikę wykonała Lama. Zakładki należą do Noritoshiego, a system notyfikacji do Leen.
iGrowl, SweetAlerts2, Linecons