you don't need to be a hero.
Pogoda i czas
Aktualna temperatura oscyluje w granicach -5 do -10°C

Mamy grudzień 2023 roku.

ogłoszenia
23-12
Życzenia świąteczne i noworoczne!
[dowiedz się więcej]
14-12
Przeskok fabularny i kilka nowości
[dowiedz się więcej]


Poprzedni temat «» Następny temat
Heather Ricks
Autor Wiadomość
Heather Ricks



Wysłany: 2019-02-08, 00:11   Heather Ricks
   Multikonta: -
   GG/DC: GG: 57789019/ DC: Sao#7065
   Mów mi: Sao



CIEKAWOSTKI
Uwielbia planszówki, zwłaszcza te z “nowej fali”, bardziej kreatywne.
Herbata pełni w jej życiu mniej więcej taką funkcję jak u innych kawa i alkohol, których szczerze nie znosi.
Nie lubi, gdy nie potrafi przewidzieć czyjegoś zachowania przynajmniej w pewnym stopniu. Między innymi dlatego wręcz boi się osób pod wpływem substancji psychoaktywnych. Mają zbyt wiele szablonów zachowań.
Nie znosi dymu papierosowego. Zawsze pod jego wpływem prycha. Nie ma żadnej astmy ani niczego podobnego, ale tego typu zapachy bardzo jej przeszkadzają.
Stara się przynajmniej raz w roku zadzwonić do rodziców. To tylko krótkie “Hej, jak coś nadal żyję i mam się dobrze. Tęsknię, pa.“, ale jednak czuje się po tym lepiej.
Zazwyczaj jest ostrożna, ale paradoksalnie przestaje być, gdy na czymś bardzo jej zależy.
Jej marzeniem jest, aby wszystko znowu było normalne.
Całkiem nieźle gra na gitarze.
PIERWSZE DNI
Najpierw zaczęły się masowe zachorowania, które wciągnęły również Heather i jej przyjaciół. Nie mówiono wtedy jeszcze o epidemii, ale widać już było, że to aż nazbyt powszechne. Po wyzdrowieniu i przeboleniu śmierci przyjaciela, dziewczyna zaczęła razem z pozostałymi planować co zrobią gdy świat przypomni sobie o ich małym miasteczku. Z trudem, ale jednak dawali sobie jakoś radę ukrywać swoje moce. Na dobrą sprawę po przejściu tej pierwszej fali stawały się raczej mało ekspansywne.
Ciekawym zbiegiem okoliczności było to, że ich moce objawiły się tego samego dnia, w przeciągu niecałej godziny podczas wspólnego spotkania. Choroba wciąż ich jeszcze trzymała, ale czuli się na tyle lepiej, że postanowili wcisnąć rodzicom kit o magicznym ozdrowieniu i spotkać się nad rzeką, przy ich ulubionym drzewie. Wierzba pochylała się nad wodą, a jej gałęzie osłaniały dzieci opierające się o pień. Nie była to kryjówka idealna, ale dawała poczucie prywatności. Pierwszy swoją moc rozwinął jej pomarańczowy kolega, czym mocno nastraszył pozostałą dwójkę. Usłyszeli w swoich głowach jego głośny krzyk, choć on sam się nie odezwał, a potem pomarańczowy patrzył przestraszony na kłótnię, do której nieświadomie sam podpuszczał pozostałych. Gdy w końcu kazał im się uspokoić, kładąc obojgu dłonie na ramionach, jakaś mentalna siła zmusiła ich do posadzenia się znowu na tyłkach. Trwało to może minutę, ale cała trójka patrzyła potem przerażona po sobie nawzajem podczas gdy ich pomarańczowy przyjaciel odpowiadał tylko cały czas na niewypowiedziane pytania. Następna była Heather. Uderzyła w nią nagle taka ilość bodźców, że przez ułamek sekundy nie była w stanie tego ogarnąć. Zerwała się myląc kroki myszy gdzieś za jej plecami z tętentem kopyt dzika czy innego dużego stworzenia, nieprzyzwyczajona do tak czułych zmysłów. Spanikowana potknęła się o korzeń i przewracając zdarła sobie skórę z łokcia. Sam pomarańczowy miał dodatkowe atrakcje, bo spokojnie płynące myśli dziewczyny nagle nabrały impetu rwącej rzeki i jej panika udzieliła mu się. Jedyną opanowaną reakcją wykazał się drugi zielony, który ocenił szybko, że nic im nie grozi. Podbiegł do Heather i upewnił się, że nic sobie nie zrobiła, po czym wyleczył tamto zdarcie, równocześnie uspokajając pozostałą dwójkę metodami, których nie powstydziłby się najlepszy psycholog. Postanowili zaczekać jeszcze tak… z godzinę nim zdecydowali się wrócić. Zgodnie ustalili, że nie powiedzą nikomu co się stało.
Zresztą po kilku miesiącach i tak wszystko wzięło w łeb i musieli uciekać. Plan, który opracowali był nawet dobry, ale nie spodziewali się tak szybkiej reakcji służb po zgłoszeniu zaginięcia. Ucieczka do domku letniskowego należącego do jej rodziców miała kupić im kilka dni na przygotowanie się i ustalenie co dalej, ale ostatecznie zostali uprzedzeni przez ekipę, która ich szukała. W trakcie ucieczki rozdzielili się i Heather nadal nie wie, co dzieje się z jej przyjaciółmi.
HISTORIA
Nad dzieciństwem dziewczyny nie ma się za bardzo co rozpływać. Mieszkała z rodzicami w niedużej miejscowości. Jednej z tych, w których każdy zna każdego przynajmniej z widzenia i z których nawet do szkoły podstawowej trzeba dojeżdżać prawie godzinę do większego miasta. Jednak w niczym to nie przeszkadzało, dziewczyna miała czas zapoznać się z częścią innych osób w autobusie. Między innymi poznała w nim swoich trzech najlepszych przyjaciół, a właściwie to zacieśniła już istniejącą znajomość, bo znali się wcześniej z podwórka.
Lata szkolne mijały, przyjaźń kwitła, chodzili na kółko muzyczne, organizowali wspólne noce, wycieczki, jeździli razem na wakacje nad jezioro, do małego domku letniskowego należącego do państwa Ricks. Rozbijali wtedy zwykle namiot obok domu. Wiadomo, standard. Gdy mieli po dwanaście lat zaczęła się epidemia OMNI. Rówieśnicy Heather zaczęli umierać na tajemniczą chorobę, w tym Martin, jeden z jej paczki.
Reszta również zachorowała, ale dość szybko wydobrzała. Dodatkowo ze względu na naturę ich mocy obyło się raczej bez wybuchów. Wtedy jeszcze uznano to za jedną ze zwykłych chorób, na które zwykle chorują dzieci. Po wszystkim dostrzegli u siebie zmiany, które zgodnie postanowili ukryć zachowując się na miarę ich możliwości jak dawniej. Musieli się bardzo mocno pilnować, wykorzystali fakt bycia bardzo bliskimi przyjaciółmi, żeby nie wzbudzając podejrzeń jak najwięcej czasu spędzać tylko we własnym gronie.
Mieli przy tym kupę szczęścia, bo system jakby zapomniał o ich małym miasteczku traktując je po macoszemu, przez co zabrano stamtąd tylko te dzieci, których moc objawiła się w bardzo agresywny sposób. Rodzicom zresztą nie paliło się do oddawania dzieci, więc nie zwracali na siebie niepotrzebnej uwagi. Heather ominęła dzięki temu pierwsza fala “łapanki”, co dało jej paczce trochę więcej czasu na oswojenie się z sytuacją. Postanowili się skupić na zebraniu jak najwięcej informacji i ustaleniu jakiegoś planu. Dwóch zielonych nadawało się do tego doskonale. Pomarańczowy czuł się tu trochę jak piąte koło u wozu, ale też się starał i nawet zdarzało mu się trafiać na coś istotnego. Już w dwa dni opracowali wstępny plan awaryjny, który w razie czego mógłby dać im jeszcze trochę czasu. Wprawdzie niewiele, ale zawsze to jednak coś, jakiś kierunek, w którym można się udać na początek. Zaczęli też organizować wszystko co ich zdaniem mogłoby się przydać. Każde z nich miało pod łóżkiem stosowny plecak. Później, no cóż, będą musieli improwizować. Jednak i do tej improwizacji się przygotowywali. Google maps i strony informacyjne każde z nich miało włączone praktycznie cały czas. Szukali miejsc, do których mogliby skierować się potem oraz najbezpieczniejszych dróg. Prócz podstawowych poszukiwań pozwalali sobie na samorozwój, co w przypadku zielonych polegało głównie na szukaniu różnych informacji medycznych, surwiwalowych czy psychologicznych, a w przypadku pomarańczowego na próbach nadążania za myślami przyjaciół.
Okazja do wykorzystania ich planu natrafiła się na początku lutego 2017 roku. Starszy od nich chłopak z sąsiedztwa podpalił sobie dom pod nogami. Spłoszony uciekł nie wzywając pomocy. Sama obecność dzieci w tym niebezpiecznym wieku w jakiejś mieścinie tuż pod ogonem Ameryki mogła przy odpowiedniej dyskrecji jeszcze jakiś czas pozostać niezauważona przez system, ale podpalenie domu przez psi już przyciągnęło uwagę zainteresowanych. Nie było więc o czym dyskutować, trzeba było wiać. Zgarnęli manatki i zniknęli, zostawiając tylko wiadomość, że wybierają się nad rzekę i wrócą późno. W rzeczywistości kierowali się do domku letniskowego państwa Ricks. Był położony nad brzegiem jeziora w lesie. Za jedynych sąsiadów mieliby tam jelenie i dziki, więc nikt by ich tam nie zauważył. Jedyną przeszkodą była droga do pokonania. Samochodem wychodziło jakieś pół godziny autostradą, a następnie drugie pół mniejszymi drogami, głównie leśnymi. Przeliczenie tego na tuptanie trójki dzieci nie jest specjalnie trudne. Mając mapę w głowie mogli sobie skrócić częściowo trasę przez teren, po którym samochód by nie pojechał, ale wciąż była to ponad doba ciągłego tuptania, a przecież nie byli w stanie iść bez przerwy w stałym tempie. Wiedzieli o tym, przygotowali się na trzy-czterodniową podróż, przynajmniej pod względem wyżywienia i wody. Zabrali ze sobą również zwykłą mapę, scyzoryki, latarki, zapałki, ładowarki i powerbanki, choć to bardziej z myślą o późniejszym czasie. Telefony mieli wyłączone.
Jednak nie dotarli do celu. Rodzice po zmierzchu nie mogąc się doczekać swoich pociech i mając na uwadze, że podobno nadal nie złapano tego groźnego podpalacza z miejsca zgłosili zaginięcie. Akurat na miejscu było SSP. Szukali tamtego czerwonego, ale jak dotarła do nich informacja o zaginięciu niewiele młodszych dzieci znaleźli też kilku ludzi, których mogli oddelegować do tej sprawy. Jakoś nie wierzyli, że ich zniknięcie właśnie teraz było zwykłym zbiegiem okoliczności. W trakcie rozmowy dokąd trójka mogłaby się udać gdyby to była ucieczka dowiedzieli się o miejscu gdzie zwykle spędzali wakacje. Odkryto też, że zniknęły klucze do tegoż domku, co było nad wyraz jasnym sygnałem.
Wyprzedzenie samochodem trójki dzieci, nawet jeśli miały kilkanaście godzin przewagi nie miało prawa być trudne. Przyjaciele zdołali dotrzeć do lasu. Szli trzymając się niedaleko drogi, aby na pewno nie pomylić kierunku. Tylko dzięki temu usłyszeli warkot silnika i ukryci za krzakami i drobną iluzją optyczną z rozpaczą obserwowali jak dwie noce, które mieli nadzieję spędzić na miejscu przemieniają się w zero. To oznaczało konieczność zmiany kierunku, wyruszenia dalej bez odpoczynku i uzupełnienia zapasów w domku. Zmęczeni i z ciężkimi powiekami zmusili się jeszcze do przejścia przynajmniej kilku kilometrów nim znaleźli szkółkę leśną pełną niskich drzewek, między którymi mogli się położyć pozostając względnie niewidocznymi z pewnej odległości. Dla pewności podzielili się na warty. Heather dzielnie próbowała wytrzymać, ale przysnęła na swojej. I to był błąd. Obudziły ją męskie głosy i szmery sugerujące przemieszczanie się przynajmniej kilku sporych osób. Szybko obudziła swoich przyjaciół i zaczęli uciekać. Najpierw próbowali się skradać, ale zostali zauważeni. Rozbiegli się, każdy w swoim kierunku. Heather zdołała jakoś zgubić pościg, ale nie wie co obecnie dzieje się z resztą. Jedyne co ma, to SMSy jakie wysłali sobie nawzajem następnego dnia jakoby zgubili pościg. Po tym jednak nie miała od nich żadnych wieści.
Od tego czasu podróżuje samotnie od miasta do miasta. Długa droga, czasem po drodze okradnie jakieś pole, a następnie postój w mieście gdzie szuka głównie trzech rzeczy: jedzenia, wody i prądu. Ma już wypracowane pewne schematy. Wie, że większość restauracji zwykle po zamknięciu wyrzuca jedzenie, które nie jest przeterminowane, ale już nie może zostać sprzedane następnego dnia. To jest pomocne również w przypadku restauracji nie położonych w mieście. Te przydrożne, o ile jeszcze funkcjonują obowiązują podobne zasady. Gniazdka elektryczne zwykle znajduje w szkołach, toaletach publicznych lub hotelach. Tam też uzupełnia wodę. Kranówka górą. Bardzo pomocna jest moc iluzji, którą nakłada na siebie, żeby udawać starszą niż w rzeczywistości. To pozwalało nawet zrobić normalne zakupy o ile tylko miała jakieś środki. Nie daje to wprawdzie dużo czasu, ale dość by zdobyć co tam jest jej potrzebne i uciec.
Czasem gdy starczy jej czasu zagląda do sklepu z planszówkami. Może to głupie, może naiwne, ale dzięki temu znajduje chwilę gdy może udawać, że świat znowu jest normalny. Zresztą przez tą ciągłą samotność wręcz lgnie do ludzi. Bycie samym bywa potrzebne, ale bycie samotnym ssie. Dlatego czasem nie potrafi się oprzeć żeby komuś pomóc. Częściej innym napotkanym psi, ale zdarzało się nawet dorosłym, mimo że tylko raz dało jej to jakąś korzyść. Pomogła wtedy zanieść starszej pani zakupy do domu. Były już na miejscu gdy iluzję szlag trafił i czarno na białym było widać, że dziewczyna jest psi. Kobieta czym prędzej ukryła ją u siebie. Okazało się, że mieszkająca na przedmieściach starsza para ma absolutnie w dupie co tam prezydent uważa, a w ogóle to rząd zabrał z ich rodziny czwórkę wnucząt, co skutecznie zniechęciło staruszków do wiary w to całe pranie mózgu. Tyle przekleństw na obecny system co wtedy to nie nasłuchała się nigdy od nikogo. Dostała jedzenie, możliwość (a nawet nakaz) wzięcia porządnego, ciepłego prysznica i wyspania się na kanapie jak normalny człowiek. To była dla niej najspokojniejsza noc od wybuchu epidemii. Jednak nie mogła zostać tam na zawsze. Nie było to bezpieczne, a poza tym nie chciała na nich pasożytować. Dała się następnego dnia namówić na śniadanie i obiad, ale wraz z zapadnięciem zmroku podziękowała im i odeszła. Dopiero w lesie zauważyła, że nawpychali jej do plecaka masę jedzenia, jakieś ciasteczka i obszerny ciepły płaszcz z wysokim kołnierzem. Prawie się popłakała jak to zobaczyła. Tak czy inaczej bardziej niż o ten płaszcz to dba chyba tylko o telefon.
Właśnie, telefon. Jakkolwiek trudne by to nie było, dziewczyna stara się przynajmniej raz w roku zadzwonić do rodziców. Rozmowy są krótkie, składają się na dobrą sprawę tylko z informacji, że nic jej nie jest, przypomnieniu sobie nawzajem, że się kochają i tęsknią. Dla Heather to bardzo ryzykowne i zawsze dzwoni po odpoczynku, aby móc zaraz potem przemieścić się możliwie najdalej. Nigdy też nie mówi gdzie jest i dokąd zmierza. Co najwyżej streszcza najciekawszą przygodę, ale zawsze mieści opowieść w minucie. Może to mało, ale i tak więcej niż ma niejedna rozbita przez epidemię rodzina. Obie strony uważają ten kontakt za skarb i starają się go utrzymać. Dziewczyna dba o urządzenie, a rodzice płacą abonament. Poza tym warto wspomnieć, że państwo Ricks nagrywają te rozmowy.
Obecnym celem Heather jest dotarcie do Florence. Dowiedziała się o tym miejscu od innych psioników napotkanych przypadkiem. Wyleczyła wtedy jakieś obtarcie jednego z nich i podzieliła się jedzeniem w zamian za naładowanie telefonu. Rodzicom powiedziała, że słyszała o pewnym bezpiecznym miejscu, ale musi do niego najpierw dotrzeć i że bezpośrednio stamtąd raczej już nie będzie mogła dzwonić.
Heather Ricks
19
1,68m/53kg
Niezrzeszeni
 
 
Ceridwen Murray



Wysłany: 2019-02-08, 19:14   
   Multikonta: Lounarie
   GG/DC: 7123822 / Lama#9514
   Mów mi: Lama; Ceri; Lu; Lou;


Witaj na Caledoni v 2.0!

Trzymaj akcepta! Życzę miłej zabawy na forum! <3

_________________


Now I know,
There’s no one I can trust,
I used to think there was...
 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
[ ZAMKNIĘTY ]
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  


Forum zostało otwarte 15.08.2016r. || Forum zostało ponownie otwarte 10.02.2018r.
Właścicielem kodu nagłówka oraz ogłoszenia jest Spenny, a kod dopasowała Kelly z pomocą Leen. Grafikę wykonała Lama. Zakładki należą do Noritoshiego, a system notyfikacji do Leen.
iGrowl, SweetAlerts2, Linecons